„Żołnierze Wyklęci”, czyli rzecz o mjr. „Łupaszce” i innych…
„Żołnierze Wyklęci”, czyli rzecz o mjr. „Łupaszce” i innych…
"Przez pół wieku uznawano mnie za bandytę!" Do takiego wniosku można dojść, słuchając opowieści mjr. Błażejewicza o sobie, swoich przełożonych i podwładnych.

Kiedy kilkanaście lat temu zamieszkałem w Borach Tucholskich, a konkretnie w powiecie Starogard Gdański, miałem pewną wiedzę o przedwojennych dziejach tych okolic, trochę większą o latach 1939-45 i prawie żadną o czasach powojennych – okresie „utrwalania” sowieckiej władzy w Polsce. Dopiero kilka lat później, napotykając pomniki stawiane ku czci „utrwalaczy”, zacząłem interesować się tym okresem. Było to trudne, gdyż ludzie z nostalgią wspominali czasy wszechwładzy PZPR i tylko niektórzy, półgębkiem, mówili o działaniach jakiś „bandytów”. Lokalna prasa rzadko kiedy podejmowała temat powojennej historii tych ziem. Na szczęście, zaczęły wychodzić liczne publikacje książkowe, a pasjonaci rozpoczęli mrówczą pracę w poszukiwaniu relacji i materialnych pamiątek po ruchu oporu. Kilka lat temu odnaleziono resztki spuścizny po działającym w tej okolicy, podczas okupacji niemieckiej, „Gryfie Pomorskim”. Po podziemiu powojennym zostało bardzo niewiele (poza relacjami tych, którzy przeżyli). Cały czas prowadzone są, przez pasjonatów, poszukiwania pamiątek po tych oddziałach, niestety, z niewielkim skutkiem. W działaniach tych pomagają uczestnicy walk, żołnierze antykomunistycznego podziemia. Możliwe, że znajdują się jeszcze nieodnalezione archiwa, przecież nie wszystko zostało wówczas wykryte przez UB i NKWD.

Najważniejszą jednak rzeczą w tej chwili jest upamiętnienie tamtych ludzi i tamtych zdarzeń. Po pierwsze, aby pamięć o nich nie odeszła wraz z ostatnimi świadkami, po drugie, aby zmieniać świadomość młodszych pokoleń. Przyjętym w naszym kręgu cywilizacyjnym sposobem na przekazanie wzorów patriotyzmu, godnych naśladowania autorytetów – jest wystawienie rzeczy trwałej – pomnika lub tablicy pamiątkowej.

Skazani na zapomnienie

Niewątpliwie zasługującym na takie potraktowanie jest mjr Zygmunt Szendzielarz, pseud. „Łupaszko”, dowódca jednego z najwybitniejszych oddziałów partyzanckich Wileńskiego Oddziału AK, jak również dowodzeni przez niego żołnierze m.in. jego zastępca Lech Beynar „Nowina” (pseud. liter. Paweł Jasienica) oraz por. Zygmunt Błażejewicz „Zygmunt”, ppor. Leon Smoleński „Zeus”, ppor. Henryk Wieliczko „Lufa”, ppor. Zdzisław Badocha „Żelazny”, ppor. Józef Bandzo „Jastrząb”, ppor. Olgierd Christa „Leszek” czy zamordowani przez UB Danuta Siedzikówna „Inka” i Feliks Selmanowicz „Zagończyk”. To tylko kilka nazwisk i pseudonimów z długiej ich listy. Dzieje V Brygady Wileńskiej AK, zw. nieoficjalnie „Brygadą Śmierci” są dość dobrze zbadane i znane z wielu publikacji książkowych, czy też opracowań naukowych. W okresie okupacji niemieckiej walczyła w wyjątkowo trudnych warunkach, mając przeciwko sobie zarówno Niemców, jak i Sowietów zwalczających AK.

Grupa żołnierzy 1 Szwadronu. Pierwszy z prawej - jego dowódca ppor. Zygmunt Błażejewicz "Zygmunt". Koniec maja 1945


Wielu patriotów z tego ugrupowania walczyło, odnosiło rany, ginęło, było prześladowanych i maltretowanych w UB-eckich kazamatach. Major „Łupaszko” i jego podkomendni w latach 1945-46, walczyli o godność i honor Polaków m.in. w takich miejscowościach jak Czarna Woda, Śliwice, Osieczna, Kaliska, Borzechowo, Ocypel, Lubichowo. Trzeba upamiętnić te zdarzenia i to z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, żeby nie odeszły w niepamięć i nie zostały przemilczane, aby przypominać wszystkim jak, w nie tak odległych czasach, promowana była podłość i zdrada, a za honor, uczciwość i patriotyzm „nagrodą” był wyrok sądu kapturowego i strzał w potylicę lub skrytobójcza egzekucja w jakiejś piwnicy. Jeszcze innym powodem jest konieczność upamiętnienia tych, których mogił nikt nie zna, gdyż kaci obawiali się ich nawet po śmierci.

Jako że niedługo upływają rocznice: działań 5 Brygady AK (62) na tych terenach oraz zabójstwa (56) dokonanego przez UB na mjr Szendzielarzu, nadarza się wyjątkowa okazja aby uczcić tych ludzi. Można by ufundować tablicę pamiątkową lub inny pomnik i umiejscowić go na przykład w Lubichowie lub Ocyplu. I nie chodzi przecież o monument ogromnych rozmiarów lecz o coś skromnego, na skalę możliwości lokalnej społeczności. Mam nadzieję, że znajdzie się kilku chętnych do podjęcia tej inicjatywy i zrealizowania jej do końca. Pierwszy krok już uczyniono. W 2003 r. wmurowano tablicę dla upamiętnienia śmierci ppor. Zdzisława Badochy „Żelaznego”, a odsłonięcie jej zyskało znaczącą oprawę w postaci udziału warty honorowej, złożonej z żołnierzy WP oraz odpowiednio umundurowanych członków Trójmiejskiej Grupy Rekonstrukcji Historycznej. Chciałbym (i pewnie nie tylko ja), aby zaistniała taka „pamiątka” po działalności V Wileńskiej Brygady AK na terenie Kociewia i Kaszub oraz aby tak jak nie jest pierwszą nie była też ostatnią

Przez pół wieku uznawano mnie za bandytę!

Do takiego wniosku można dojść, słuchając opowieści mjr Błażejewicza o sobie, swoich przełożonych i podwładnych. Major Zygmunt Błażejewicz – pseudonim „Zygmunt”, legendarny dowódca partyzancki, uczestnik walk na Wileńszczyźnie, jeden z dwóch żyjących dowódców z V Wileńskiej Brygady AK mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Szwadrony te, w latach 1945-48 na terenach Białostocczyzny, Podlasia, Warmii i Mazur oraz Pomorza, stanowiły największe i najbardziej dające się we znaki „nowej władzy” odziały antykomunistycznego podziemia. Życie „Zygmunta” mogłoby być świetnym scenariuszem do filmu lub kanwą sensacyjnej powieści. Autor wydanych w 2003 roku wspomnień „W walce z wrogami Rzeczypospolitej” od wielu lat mieszka w USA. Do Polski przyjechał m.in. po to, aby wziąć udział w uroczystych obchodach 60 rocznicy bitwy pod Miodusami Pokrzywnymi. Dotarcie do p. Błażejewicza nie było wcale łatwe. Okrężnymi drogami trzeba było znaleźć jego przyjaciół i umówić się na spotkanie. Efektem tych starań są dwie, wielogodzinne rozmowy, które odbyły się na terenie stadniny koni położonej niedaleko Grunwaldu. Plon tych rozmów możecie Państwo przeczytać poniżej.

Zygmunt Błażejewicz z Grzegorzem Polikowskim w wiosce położonej niedaleko Grunwaldu. Wrzesień 2005.


Pańskie dzieciństwo?

Urodziłem się w 1918 roku w Witebsku, w rodzinie z domieszką krwi Tatarskiej. Potem ukończyłem szkoły w Wilnie, w którego okolicach rodzina moja mieszkała od przeszło 350 lat.

Pierwsze kontakty z wojskiem?

W 1939 roku ukończyłem Kurs Podchorążych Rezerwy przy 5. Dywizji Piechoty Legionów w Wilnie.

Następnie Kampania Wrześniowa…

1 września miałem rozpocząć studia na Uniwersytecie w Poznaniu na kierunku leśnictwo. Zamiast tego najpierw strzelałem z taczanki do niemieckiego bombowca, a wkrótce otrzymałem dowództwo moździerza nr 2.

Później konspiracja?

Tak. Najpierw były w Kownie nieudane starania o wyjazd do Anglii. A już w listopadzie 1939 roku złożyłem przysięgę w ZWZ na ręce kolegi z podchorążówki, Zbigniewa Wimbora. Po wpadce naszej trójki (obowiązywał system trójkowy) ukrywałem się na wsi. Tam nawiązałem kontakt z Adamem Boryczką – „Tońkiem” – późniejszym zastępcą dowódcy VI Brygady Dyspozycyjnej AK. Złapałem wtedy ostre zapalenie płuc (trwało to 5 tygodni), i nawet w warunkach leśnych pozwolono mi pić alkohol, którego używanie było surowo zakazane.

Proszę powiedzieć z kim w tym okresie, tj. do operacji Ostra Brama w 1944 roku najczęściej walczyliście?

Najliczniejsze walki prowadziliśmy z policją litewską (atakowaliśmy jej posterunki) oraz z żandarmerią niemiecką, a także ze specjalnymi oddziałami SS – estońskimi, łotewskimi i litewskimi gen. Pechawiczusa (parę tysięcy rozbitych Litwinów). Broniliśmy też ludności polskiej przed rabunkami dokonywanymi na niej przez partyzantkę sowiecką, z którą wszelkie usiłowania ułożenia stosunków kończyły się zawsze tragicznie.

Tzw. okres wileński jest dość dobrze znany i opisany. Chciałbym porozmawiać o czasach Pańskiego udziału w działaniach V Brygady Wileńskiej AK pod dowództwem majora „Łupaszki” – Zygmunta Szendzielarza. Kiedy spotkał Pan mjr „Łupaszkę”?

W Wigilię roku 1944. Powiadomiony przez „siatkę” odwiedziłem majora. Zatrzęsła się wtedy ziemia (dosłownie) bo właśnie sowieci, poprzedzani nawałą artyleryjską, ruszyli na zachód. My dyskutowaliśmy o naszych dalszych losach. Ponownie spotkaliśmy się na Białostocczyźnie w 1945 r. Było to podczas koncentracji 4 lub 5 kwietnia, i co ciekawe, już w godzinę może dwie później opuszczone przez nas kwatery zostały otoczone przez silny oddział UB. Tak się zaczęło i tak było do końca.

Dalsze dowodzenie szwadronem to liczne walki i potyczki. Zwieńczeniem były dwie największe bitwy w dziejach V Brygady, gdy dowodzony przez Pana szwadron wraz z 20 osobowym oddziałem pod dowództwem „Młota” rozbił w kilkudniowych odstępach wielokrotnie przeważające, połączone siły NKWD, LWP i UB.

Tak. Najpierw 8 września zaatakowały nas we wsi Węże oddziały 1. i 2. Pułku Piechoty 1. DP im. Tadeusza Kościuszki. Rozbiliśmy kompanię 2. batalionu. Zginęło 18, a rannych było 20 żołnierzy LWP. Cała reszta (72) poddała się. Zdobyliśmy działko przeciwpancerne 45 mm i 2 ckm-y. Wtedy też miało miejsce inne zdarzenie. Gdy chcieliśmy odprowadzić jeńców, naprzeciw nas stanęła reszta 2 batalionu pod dowództwem kpt. T. Cynkina. Od naszego rozkazu zależało, czy pluniemy do siebie ogniem (ja miałem wówczas działko i 18 karabinów maszynowych). Po około godzinnych pertraktacjach, z ludźmi o tak krańcowo różnym podejściu do rzeczywistości, dogadaliśmy się i nasze oddziały rozeszły się w przeciwnych kierunkach. Później ów kapitan szybko awansował do stopnia pułkownika, a po awans generalski udał się do Moskwy… tam czekał go pokazowy proces i 3 lata odsiadki za tę akcję. Następnie wyszliśmy jeszcze z okrążenia zgotowanego nam przez jednostki tej samej dywizji oraz pododdziały 1. Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte. Kilka dni później 18 września pod wsią Miodusy Pokrzywne zostaliśmy zaatakowani przez oddziały ekspedycji karnej dowodzonej przez mjr Wasilija Gribko. Składała się ona z pododdziałów UB, plutonu z 1. DP im. Tadeusza Kościuszki oraz kompanii z 267 pułku NKWD. Na marginesie mogę dodać, że grupa ta odznaczała się wyjątkowym bestialstwem, pacyfikując ludność i wykonując na miejscu wyroki śmierci wydane przez wożonych z nimi prokuratora i sędziego. Po dwugodzinnym boju całe to ugrupowanie zostało całkowicie rozbite. Oberbandyta Gribko został zabity. Aktualnie jest on pochowany koło swoich żołnierzy, którzy tam polegli, z datą śmierci w 1944, i opisany jako bohater-wyzwoliciel! Po tej akcji dowódca NKWD na Polskę wydał rozkaz doprowadzenia wszelkimi środkami do likwidacji „bandy >Zygmunta<” z zastrzeżeniem, aby nie brać jeńców! W tych walkach brało po naszej stronie udział tylko 100 żołnierzy – mój szwadron w sile 80 ludzi i 20 osobowy oddział „Młota” (Władysław Łukasik, dowodzący do czerwca 1949 resztkami podległej mjr „Łupaszce” VI Wileńskiej Brygady AK).

Jaki był stosunek mjr. „Łupaszki” do jeńców sowieckich?

Wydał rozkaz likwidacji każdego „ruskiego”. Ja natomiast wydałem swojemu szwadronowi polecenie, aby puszczać tych, którzy potrafią się przeżegnać. Wtedy bywało tak, że puszczaliśmy wolno sowieckich żołnierzy, lekarzy wojskowych itp., a po kilku dniach znajdowano ich ciała. Oczywiście cała komunistyczna propaganda nam przypisywała ich śmierć. A ja jestem pewien, że sami zabijali tych, których my zwolniliśmy!

W jakim wieku byli żołnierze brygady?

Bardzo różnym, ale najczęściej do oddziału przychodzili ludzie około 19 letni. Zdarzali się też dużo młodsi. W moim szwadronie najmłodszym był 13 letni „Mikrus” (Rajmund Drozd), a następny, to mający rok więcej „Miecio” (Mieczysław Abramowicz). Przy wstępowaniu do AK trochę kłamali – dodawali sobie po kilka lat. Ludzie starsi nie wytrzymywali takiego życia – wielokilometrowe, codzienne, a czasem i nocne marsze oraz noclegi w terenie. Ale nigdy nie byliśmy głodni. Raz tylko mój 15 osobowy oddział maszerujący na Podlasie – głodował, i to stale. Zdarzyło się, że po trzydniowym, długim marszu zjedliśmy obrane surowe kartofle, które popiliśmy wodą.

Jakie stosunki panowały pomiędzy żołnierzami i dowódcami – razem przecież walczyliście, spaliście, jedliście?

Ponieważ uważałem, iż podstawą jest dyscyplina, to na służbie (a służba była „na okrągło”), nawet moi przyjaciele czy żołnierze, którzy przyszli ze mną z Wileńszczyzny, stawali na baczność i meldowali „Panie poruczniku”. Chociaż niektórym to ciężko przechodziło przez usta. Tak być musiało, ale w zamian była duża więź i zaufanie między żołnierzami.

Byli to ochotnicy, a jak słyszę dyscyplina była ostrzejsza niż w regularnym wojsku?

Od partyzanta do bandyty jest tylko krok i tak musiało być.

Czy znaliście swoje prawdziwe imiona i nazwiska, czy tylko pseudonimy?

Ci, którzy byli rodziną lub znali się ze szkoły czy kręgu towarzyskiego znali oczywiście swoje nazwiska, używali jednak tylko pseudonimów, natomiast inni znali tylko pseudonimy. Na przykład z 50 ludzi w oddziale tylko 5 znało moje nazwisko. Nazwisko swojej żony poznałem dopiero na ślubie!

Pańska żona również walczyła?

Nie walczyła. Była sanitariuszką u mjr. „Łupaszki”. Opiekowała się chorymi i rannymi (nawet wroga). Za wyciągnięcie spod ognia rannego por. „Nowinę” (Lech Beynar, czyli Paweł Jasienica) otrzymała Krzyż Zasługi z Mieczami.

Czy przechodzili do Was ludzie z innych ugrupowań?

Tak bywało. Na przykład w 1944 roku, prawie cała druga kompania VI Wileńskiej Brygady AK składała się z żołnierzy, którzy przyszli z NSZ (nosili „Mieczyki Chrobrego” na piersiach). Ja miałem rozkaz pilnować, czy to przejście… było prawdziwe i szczere. W razie wątpliwości miałem ich rozbroić.

Zdarzały się awanse i odznaczenia takie, na które ktoś nie zasługiwał, przypadkowe?

Nie było takich rzeczy. Jak ktoś dostał jakieś dowództwo, awans czy odznaczenie, to musiał się czymś wyróżniać. I to nie jednorazowo. Inną sprawą było szczęście wzięcia udziału w akcjach, w których można było się wyróżnić.

Skąd braliście mundury, bo przecież byliście w ogromnej większości umundurowani?

W moim szwadronie było jednolite umundurowanie sprzed 1939 roku. Częściowo też były szyte w zaprzyjaźnionych wioskach z farbowanego materiału. Pomógł także przypadek. W 1945 r. na Białostocczyźnie zdobyłem ciężarówkę, a w niej… 90 mundurów przeznaczonych dla jakiegoś oddziału KBW. Ilość była akurat wystarczająca dla mojego szwadronu.

Jak został przyjęty rozkaz nakazujący rozwiązanie Armii Krajowej?

Zarówno ja, jak i wszyscy w brygadzie wiedzieliśmy, że to byłby nasz koniec. Choćby za to, że my do bolszewików jak do psów strzelaliśmy. Do kuriera z dowództwa skoczył sam mjr „Łupaszko” i „zjechał” go za psucie stosunków w oddziale. Stwierdził: „że jak było wam potrzebne to kazaliście mi to i tamto robić, to ja teraz będę dalej to samo robił!”.

Jaki był stosunek ludności miejscowej do Waszych oddziałów?

Ogromna większość była nam życzliwa i pomagała nam jak mogła. Faktem jest, że było też dużo szpicli. Pomimo pacyfikacji, tortur i rozstrzeliwań ludność nie obróciła się przeciwko nam. To zaczęło się później zmieniać, pod wpływem stosowania zasady odpowiedzialności zbiorowej i terroru, ale znaczna część do końca była przyjaźnie nastawiona do partyzantów. Bez pomocy miejscowej ludności byłby z nami szybki koniec!

Może przypomina Pan sobie jakieś charakterystyczne dla tego czasu zdarzenia?

Było ich wiele… np. kiedyś, podczas przeprowadzania akcji z rozkazu „Koryckiego” weszliśmy do wsi, w której była zabawa. Zaczepiłem na podwórku umundurowaną bolszewiczkę – lejtnanta. Byłem wtedy przebrany za sowieckiego żołnierza, także lejtnanta. Bierze mnie ona pod pachę i mówi: „Myśmy odetchnęli, towarzyszu lejtnancie, bo myśleliśmy, że to są polscy partyzanci!”. Puściłem ją wolno, a trzy dni później znaleziono ją martwą… oczywiście komunistyczna propaganda nam przypisała tę śmierć. Innym razem, stanęliśmy (mój szwadron) naprzeciwko batalionu piechoty LWP. W pewnym momencie biegnie od nich dwóch sierżantów i stwierdzają, że „wybiją” kilku swoich bolszewików a cały batalion, wraz z dowódcą, kapitanem, przejdzie pod moją komendę. Wzruszyłem się tym, ale powiedziałem im, że to jest niemożliwe, gdyż byłby to wielki problem aprowizacyjny – była to masa ludzi. Nie pozwolę, aby „objadali” przyjazne nam wioski! Jeszcze jeden przykład. Było to jeszcze w okresie wileńskim. Podchodzimy pod posterunek Policji litewskiej. Oni jednak musieli być ostrzeżeni o naszej „wizycie” i czekali na nas… przed posterunkiem, z rodzinami i zgromadzoną w jednym miejscu bronią. Rodziny prosiły, aby nic im nie robić. Oczywiście raport do swoich władz wysłali z opisem zaciekłej obrony… Takich historii było wiele.

Jaki był mjr Zygmunt Szendzielarz – „Łupaszka”, Pański dowódca?

„Łupaszko” jest bohaterem narodowym i koniec. Dowódcy się nie sądzi. Nie wiem co myślał i jak to przeżywał, ale sądzę, że np. chyba nie za bardzo wierzył w wybuch nowej wojny. Na pewno był dobrym organizatorem, potrafił zgrać działalność bojową i kwatermistrzowską szwadronów. Dowodził, pozostawiając dużo swobody podwładnym. Był w pełni lojalny wobec swoich ludzi, ale też dobierał takich, na których mógł całkowicie polegać. Ja wiele rzeczy robiłem bez jego osobistego pozwolenia, ale on mi całkowicie ufał. Mieliśmy bardzo wielką władzę i gdyby tego zaufania nie było, albo gdyby byli dobrani nieodpowiedni ludzie i np. „uderzyło by komuś do głowy”… skutki mogły być nieobliczalne.

A jego zastępca – por. „Nowina” (Lech Beynar - Paweł Jasienica)?

Był człowiekiem o wysokiej kulturze, bardzo lubianym w V Wileńskiej Brygadzie AK. Opowiem jedno ciekawe zdarzenie. Przychodzi do mojego szwadronu „Nowina” i stwierdza: „Ty, >Zygmunt< tutaj dowódca. Ja na razie sztabu mam za dużo i będę trochę przy Twoim szwadronie”. Chyba chciał trochę odpocząć.

U mjr. „Łupaszki” był Pan porucznikiem?

Tak. Później, przez legalny Rząd w Londynie, zostałem awansowany do stopnia kapitana, a po roku 1990 otrzymałem stopień majora. Miałem to szczęście, zdobyć pełne zaufanie i uznanie mojego dowódcy. Na potwierdzenie moich słów, mogę zacytować jego opinię na wniosku o odznaczenie mnie po raz drugi Krzyżem Walecznych: „(…) ponieważ jest dla każdego żołnierza przykładem szalonej odwagi”.

Co najbardziej utkwiło w Pańskiej pamięci z okresu wojny?

Najtragiczniejszym wspomnieniem tamtych dni, jest śmierć ponad 100 tysięcy pomordowanych w Ponarach koło Wilna niewinnych ludzi, m.in. Żydów, Polaków. Do tej pory słyszę strzały stamtąd dochodzące, gdyż przez kilka godzin byłem u znajomych, których dom znajdował się o kilkaset metrów od tego miejsca kaźni!

Pamięta Pan jakieś większe „wsypy”, gdy zdradził ktoś z Pana podkomendnych ?

Było ich w konspiracji kilka. Ale taka największa miała miejsce w 1946 roku i była dziełem mojego żołnierza. Wydał wtedy około siedemdziesięciu ludzi. Nie będę mówił kto to. To był straszny wypadek. Pan Bóg niech sądzi. Ale ja dzisiaj mogę go zrozumieć. Był bardzo młody i nie wiadomo co z nim robili. W moim szwadronie, kiedy mnie już nie było w kraju, było na przykład dwóch szpicli z UB o czym dowiedziałem się dopiero w Ameryce. W moim, przeze mnie dowodzonym 1 Szwadronie wpadek na szczęście nie było.

Czy UB nadal gromadziło na Pana temat materiały?

Wiele informacji o mnie wraz ze zdjęciami było w posiadaniu UB. Jestem przekonany, że dużą część z nich otrzymali z Londynu!

W różnych, wcześniejszych publikacjach szukałem choćby jednej Pańskiej fotografii ale niestety z marnym skutkiem…

Naturalnie. Przecież nie chciałem dostać nożem gdzieś w Chicago czy Nowym Yorku, i dlatego dopiero w 1998 roku „odkryto” mnie!

Czy żyjący żołnierze majora „Łupaszki” utrzymują ze sobą kontakty?

Oczywiście. Chociaż żyjących pozostało nas już tylko paru, a z dowódców tylko dwóch – por. „Jastrząb” (Józef Bandzo) i ja. Z moich 120 żołnierzyków z tego okresu, żyje już tylko dwóch.

Nic Pan nie mówi o opuszczeniu Ojczyzny, a była to przecież brawurowa ucieczka przed „czerwonymi siepaczami”?

Wyjechałem wraz z żoną… pociągiem. Żona miała wtedy wysoką gorączkę i nie za bardzo posiadała pełną świadomość tego co się wokoło dzieje. A myśmy pojechali przez Niemcy z fałszywymi dokumentami. Po wielu przygodach i perturbacjach wszystko zakończyło się szczęśliwie. Przez pół Europy, po kilkuletnim pobycie w Argentynie, dotarłem ostatecznie do USA. Mieszkam tam już 45 lat.

Mieszka Pan w USA, ale czy zna Pan losy swoich podkomendnych – tych z Wileńszczyzny i tych z działań w 1945 roku ?

Naturalnie. Prawie wszystkich. Mogę powiedzieć, że spośród moich żołnierzy czterech czy pięciu zostało pułkownikami, pięciu profesorami, jeden ambasadorem, którego syn był ministrem Obrony Narodowej w jednym z rządów po 1990 roku.

Jakie jest zainteresowanie tamtymi wydarzeniami wśród Polaków w Stanach?

Ogromne, np. tutaj (Pan Zygmunt pokazuje fotografię) mam spotkanie z polskimi dziećmi w polskiej szkole w Phoenix.

Czy dostrzega Pan aktualnie większe zainteresowanie Waszą działalnością, tu w kraju?

Oczywiście. Dochodzą do mnie informację, że tą trudną, nie do końca rozliczoną  historią, zaczyna się interesować coraz więcej młodzieży. I to mnie właśnie wzrusza.

A czy fakt, że jest Pan zapraszany, jako gość honorowy, na różnego rodzaju obchody rocznicowe, spotkania, czy tak jak ostatnio –  jako specjalny gość przysięgi żołnierzy z jednostki w Ostródzie, gdzie wmurowano całkiem niedawno w jednym z kościołów tablicę upamiętniającą Wasze walki, nie świadczy o zmianie nastawienia władz do oddziałów V i VI Brygady na Białostocczyźnie, Warmii i Mazurach oraz Pomorzu?

Oczywiście. Przynajmniej części władz. Niestety, jest jeszcze duża rzesza ludzi nadal nastawionych negatywnie czy wręcz wrogo.

Jest Pan człowiekiem niespożytej energii, jak wytrzymuje Pan tą ilość wyjazdów, spotkań, powitań i pożegnań ?

Trzyma mnie mój duch – ten sam, który trzymał mnie w partyzantce i cały czas później! Jestem tu po to, chociaż może zabrzmi to zanadto patetycznie, żeby mówić o nas i o tym wszystkim co było. Staram się mówić za tych wszystkich, którzy już mówić nie mogą ...

Kilka słów na zakończenie…

Parę lat temu, w Los Angeles podczas wręczania mi trzech odznaczeń, dyskretnie zwróciłem się do dekorującego mnie dygnitarza: „Rozumiem, że przestałem być uważany za bandytę?!”. W odpowiedzi usłyszałem – równie dyskretną, życzliwą radę: „Niech Pan, Panie Zygmuncie nadal na siebie uważa!”. Później dowiedziałem się, że zastępca tego urzędnika został w Warszawie pobity przez nieznanych sprawców…

Serdecznie dziękuję za rozmowę.
Grzegorz Polikowski
Wersja do wydruku



Komentarze



Ilość tematów: 3 na 1 stronach


Temat:  zolnierze   
rozbrat      e-mail    2017-06-11   
Nie sadze ,zeby mozna ich bylo oceniac "zwykli bandyci".
Mozliwe ze i tacy pomiedzy nimi byli ,lecz wiekszosc po prostu walczyla, bo nie mieli innego wyjscia.
A opuscic kraju albo nie chcieli albo juz nie mogli.   
   
Temat:  dla mnie   
mie1953      e-mail    2017-06-11   
mam 65 lat dla mnie zwykli bandyci   
   
Temat:  żołnierz mjr Łupaszki   
amstaf358      e-mail    2015-03-24   
Niesamowity gość.....partyzant pierwszej klasy...   
   

Ilość tematów: 3 na 1 stronach

Redakcja ODKRYWCY nie bierze odpowiedzialności za publikowane materiały oraz komentarze użytkowników.
Artykuł pochodzi z serwisu www.odkrywca-online.com - © ODKRYWCA
 
Konwertuj na format Redfish - nie wiesz co to Redfish?