Szanowni Czytelnicy

Wiele dzieje się ostatnio w środowisku polskich eksploratorów. Mimo, że zima niemal za pasem, w wielu miejscach trwają akcje poszukiwawcze. W tym numerze piszemy m.in. o poszukiwaniach podziemnego tunelu, który ma wybiegać spod zamku Książ na Dolnym Śląsku. Tą sprawą zajmuje się od wielu lat Tadeusz Słowikowski z Wałbrzycha, który też wraz z zaprzyjaźnionymi "kopaczami" usiłuje się do tego tunelu dostać. Okazuje się jednak, że zdobycie pozwolenia na takie prace graniczy niemal z cudem, o ile tym cudem nie jest. Polskie prawo mnie zastanawia. O tym, że eksploratorzy "badają" nasyp kolejowy w pobliżu hipotetycznego wlotu tunelu wiedzą w Wałbrzychu wszyscy. Poszukiwacze z tym się zresztą nie kryją, usiłowali zdobyć stosowne zezwolenia we wszelkich, możliwych instytucjach związanych w jakikolwiek sposób z tym miejscem. Wszyscy urzędnicy dziwnym trafem twierdzą, że są niekompetentni. Powołana w ubiegłym roku przy Wojewodzie Dolnośląskim komisja pod szumną nazwą Zespół do Spraw Prowadzenia Postępowań w Przypadkach Uzyskania Informacji o Miejscach Ukrycia Dóbr Kultury nie wykazała się niczym szczególnym i dzisiaj trwa w stanie, który przypomina letarg. Tymczasem setki pasjonatów w całej Polsce, kopią po archiwach i w ziemi i z czasem w ogóle przestaną zabiegać o jakiekolwiek pozwolenia, bo po co, skoro i tak nikt nie wykazuje nimi zainteresowania. Szukanie bez zezwoleń, daje w końcu takie same efekty, jak szukanie z zezwoleniem. Tego ostatniego zdania nie należy jednak traktować jako namawiania do przestępstwa.
Są na świecie rzeczy ważniejsze niż szukanie skarbów. Są, ale nie dla eksploratorów. To tak jak dla spadochroniarza najważniejszy jest kolejny skok, dla piekarza-artysty słodka bułka, a dla kolekcjonera militariów zardzewiały mauser, tak poszukiwacza gna ku przygodzie. Tymczasem wszystkie instytucje dookoła tę przygodę ganią bądź ignorują, a na pomoc liczyć nie można. Wtedy poszukiwacze wybierają, to co najprostsze...Wszystkim urzędnikom chcę zadedykować felieton, który drukujemy dziś za "Rzeczpospolitą"(22.08.201). Ma tytuł "Dyletanci", a jego autorem jest Jacek Kowalski. "Profesjonaliści z natury rzeczy nie znoszą amatorów i z reguły mają ku temu powody; ostatecznie okazuje się, że turbinka pana Kowalskiego nie wstrząsnęła przemysłem samochodowym ani torfowy preparat Tołpy nie spowodował przełomu w leczeniu raka. Podobnie jest w archeologii, zawodowcy przestrzegają przed samozwańczymi badaczami, także tymi, którym media nadają rozgłos.
W kwietniu świat obiegła wiadomość ("Rz" też o tym informowała) o odkryciu przez dwoje Francuzów nieznanej komory w największej na świecie piramidzie Cheopsa. Reakcja dyplomowanych archeologów była natychmiastowa: Institut Francais d'Archeologie Orientale w Kairze ogłosił apel o zachowanie "jak najdalej idącej ostrożności i sceptycyzmu" wobec działalności dwojga "badaczy", Departament Starożytności Egipskich paryskiego Luwru wydał oświadczenie, iż "nie zna archeologów o nazwiskach Bardot i Darmon" - byłego pilota samolotów i palinolożki.
Podobne ostrzeżenie, też w kwietniu, wystosował do dziennikarzy Włoski Instytut Kultury w Kairze, ostrzegając przed amatorem Damiano Appią, który uzyskał zezwolenie na prowadzenie wykopalisk w Tebach w Egipcie: "Ten pan przedstawia się jako przedstawiciel uniwersytetu. Istotnie, jest członkiem Wolnego Uniwersytetu w Imola, czyli tzw. klubu trzeciego wieku".
Zjawisko istnieje. Powstaje bez liku rozmaitych "instytutów" zakładanych przez miłośników archeologii Egiptu. Noszą one bardzo poważnie brzmiące nazwy: Instytut Orientalny, Instytut Ramzesa, Instytut Egipski, itd. Towarzystwa te, oficjalnie rejestrowane, brane są za dobrą monetę, zwłaszcza za granicą.
Szczególnie jedno nazwisko z grona dyletantów pretendujących do miana badacza, przyprawia o zgrzytanie zębów dyplomowanych naukowców: Franck Goddio. Ten były konsultant finansowy potrafi organizować kosztowne ekspedycje i docierać do wraków z różnych epok, odnalazł zatopione miasto Heraklion w pobliżu Aleksandrii; pracuje na rzecz telewizyjnego Discovery Channel.
- Goddio robi w trzy miesiące to, co inni archeolodzy robiliby trzy lata. Ma w tyłku propeler. Musi wykazać się rezultatami. To, co robi, jest komercyjną eksploatacją archeologii - powiedział o nim Paolo Gallo, profesor egiptologii Uniwersytetu w Turynie. - Nie wiadomo, skąd dokładnie pochodzi ta konkretna stella przez niego wydobyta, jakie są dane topograficzne tego miejsca, jakich używano metod badawczych. Coś musi być na rzeczy, skoro Frank Goddio nigdy nie uzyskał zezwolenia na eksplorowanie czegokolwiek w Grecji. Ale żeby nie było "huzia, na Józia", trzeba przyznać, że dyletanci też wnoszą wkład w naukę. Gilles Dormion, z zawodu kreślarz i Jean-Yves Verdhurt, administrator budynków, badają od 15 lat piramidy; przez 14 lat ich poczynania nazywano dyletanckimi, ale rok temu odkryli korytarze i sale wewnątrz piramidy egipskiej (Meidoum), jednej z najstarszych, choć nie największej. Dyplomowana nauka uznała ten fakt i pogratulowała odkrywcom.
Odkrywcą Biskupina (1936) jest nieżyjący już nauczyciel miejscowej szkoły podstawowej - Walenty Szwajcer, miłośnik archeologii, dyletant".

Naprawdę warto się chwilę zadumać nad tym tekstem.

Joanna Lamparska

Artykuł pochodzi z serwisu www.odkrywca-online.com - © ODKRYWCA
 
Konwertuj na format Redfish - nie wiesz co to Redfish?