Polowanie na Wilhelma Koppego – część 2

Udostępnij:

1 lutego 1944 roku sprzyjało zamachowcom szczęście. Zabili kata Warszawy. Prawie pół roku później szczęście ich opuściło. W Krakowie zadania nie wykonali, ponieśli duże straty.

W tym samym czasie, gdy trwały przygotowania do zamachu na mającego jechać pociągiem do Lwowa Hansa Franka, krakowski Kedyw zainteresował się urzędującym od mniej więcej połowy listopada 1943 roku nowym wyższym dowódcą SS i policji do spraw obszarów wschodnich. Wprawdzie dowództwo AK nie znało skutków kwietniowego zamachu na jego poprzednika Friedricha Krügera, ale podejrzewano, że musiał on odnieść jakieś obrażenia, bo Niemcy – by nie dać Polakom satysfakcji – ukryli dane o stanie jego zdrowia po wybuchu granatu w bezpośrednim sąsiedztwie mercedesa obergruppenführera SS. Zamach na Wilhelma Koppego miał się natomiast nie tylko udać, ale powinien zostać tak przeprowadzony, by możliwie dużo osób mogło zobaczyć śmierć lub tylko zwłoki nowego kata GG. Taka była ogólna decyzja władz Polski Podziemnej, zaakceptowana przez pułkownika „Lutego”. Z początkiem roku 1944 przystąpiono do systematycznego rozpracowywania zwyczajów Koppego: rozkładu zajęć, środków lokomocji, tras przejazdu.

Obergruppenführer SS i generał Waffen SS Wilhelm Koppe, od listopada1943 roku wyższy dowódca SS i policji do spraw obszarów wschodnich.
Obergruppenführer SS i generał Waffen SS Wilhelm Koppe, od listopada1943 roku wyższy dowódca SS i policji do spraw obszarów wschodnich.

Miał zginąć przy otwartej kurtynie

Być może wyższy dowódca SS i policji do spraw obszarów wschodnich zginąłby jeszcze przed wyjazdem nocnym pociągiem urlopowym do Lwowa, gdyby „Luty” zgodził się na prosty i – jak się wydaje – skuteczny sposób zabicia Koppego. Porucznik „Powolny” (Ryszard Nuszkiewicz) postanowił zastrzelić Koppego z karabinu snajperskiego w chwili, gdy obergruppen-
führer na dziedzińcu zamku wawelskiego będzie wsiadał do swego mercedesa, którym codziennie udawał się do siedziby rządu GG. Strzał miał być oddany przez okienko wieżyczki kamienicy na narożniku ulic Bernardyńskiej i Smoczej. Ze znajdującej się na wysokości piątego piętra wieżyczki rozpościerał się widok na odległy o około 250 metrów dziedziniec zamkowy. Wywiad ustalił, że Koppe po wyjściu z budynku na Wawelu piechotą pokonywał 5 metrów do czekającego nań samochodu. I na tym odcinku miał zginąć.

Ten plan nie uzyskał akceptacji akowskiej „góry”. Formalną przyczyną odmowy była obawa wymordowania wszystkich lokatorów wspomnianej kamienicy i być może także kamienic sąsiednich. Wszak prędzej czy później Niemcy ustaliliby, skąd padł śmiertelny strzał. Faktycznie poszło o co innego. Dowództwo AK podejrzewało, że naziści ukryją śmierć esesmańskiego generała i ważny dla Polaków z Generalnego Gubernatorstwa psychologiczny aspekt całej akcji byłby zaprzepaszczony. Koppe miał zginąć przy otwartej kurtynie…

Tymczasem jednak przygotowania do zabicia obergruppenführera zeszły na dalszy plan, bo oto pod koniec marca 1944 roku gestapowcy aresztowali komendanta Okręgu Krakowskiego AK pułkownika „Lutego”, czyli Józefa Spychalskiego, który dwa lata wcześniej powrócił do kraju, zrzucony na spadochronie. Błyskawicznie opracowano plan odbicia „Lutego” z więzienia na Montelupich. Wymagał on zaangażowania wielu ludzi i ciężkiego sprzętu, a nawet współdziałania lotnictwa alianckiego, które miało zbombardować cele w pobliżu więzienia. To plan fantastyczny, tak uznała Komenda Główna AK i zażądała natychmiastowego przeprowadzenia zamachu na Koppego.

Na dowódcę operacji specjalnej „Koppe” powołano wywodzącego się z Szarych Szeregów 26-letniego kaprala podchorążego „Rafała”, czyli Stanisława Leopolda. Jak wielu innych żołnierzy AK z rodowodem harcerskim, tak i podchorąży „Rafał” nie posiadał wszechstronnego wykształcenia wojskowego, nie mówiąc już o doświadczeniach wyniesionych z akcji bojowych. Zdaniem jego przełożonych, decydować miały nie umiejętności walki, lecz postawa etyczno-moralna i patriotyzm. Doradcą wojskowym „Rafała” został jego przyjaciel porucznik „Jeremi” (Jerzy Zborowski), który był zwolennikiem tezy, że zamach na Koppego powinna przeprowadzić pierwsza kompania batalionu „Parasol” – ta sama, która 1 lutego 1944 roku w centrum Warszawy zabiła brigadeführera SS Franza Kutscherę.
 

Podchorąży Stanisław Leopold, pseudonim „Rafał” (1918–1944), dowódca akcji zamachu na Wilhelma Koppego 11 lipca 1944 roku. Podczas odskoku Leopold został pod Udorzem ranny w starciu z Niemcami. Zginął w powstaniu warszawskim kilka tygodni później.
Podchorąży Stanisław Leopold, pseudonim „Rafał” (1918–1944), dowódca akcji zamachu na Wilhelma Koppego 11 lipca 1944 roku. Podczas odskoku Leopold został pod Udorzem ranny w starciu z Niemcami. Zginął w powstaniu warszawskim kilka tygodni później.

Warszawiacy poznają Kraków

Nieznająca Krakowa – jego ulic, uliczek, sekretnych przejść, zaułków i zakamarków – grupa warszawskich żołnierzy AK miała w stolicy GG zabić Koppego. Ewentualny sukces takiej akcji graniczył więc z cudem, chociaż dobrej woli i patriotyzmu akowcom z „Parasola” odmówić nie można było. Dopiero w trzeciej dekadzie maja 1944 roku „Rafał” po raz pierwszy pojechał do Krakowa, by zapoznać się z miejscem przygotowywanego zamachu i skonsultować trasę lub trasy odskoku po akcji. Gospodarzem tej wizyty był nowy dowódca Kedywu Okręgu Kraków major „Ziemowit” (Jan Pańczakiewicz), który skontaktował „Rafała” z dowódcami wywiady i łączności Kedywu.

Odpowiadając na pytanie, dlaczego warszawiacy przymierzali się do akcji likwidacyjnej w Krakowie, jej uczestnik Wojciech Świątkowski, pseudonim „Korczak”, w wywiadzie dla miesięcznika „Historia – Do Rzeczy” (numer 6 z 2017 roku) powiedział: „Początkowo tę akcję przeprowadzić miał Kedyw Okręgu Kraków AK. Ponieważ jednak dowódca tego okręgu, pułkownik Józef Spychalski, był wtedy aresztowany, krakowska AK zajęta była planowaniem odbicia swego przełożonego. Dowódca Kedywu KG AK pułkownik Jan Mazurkiewicz »Radosław« zlecił więc zadanie zlikwidowania Koppego właśnie »Parasolowi«”.

To nie do końca jest prawdą. Po prostu krakowianie nie mogli pochwalić się sukcesami w tego typu akcjach bojowych. Rok wcześniej umknął im Friedrich Krüger, a na początku 1944 roku z zamachu na pociąg z Hansem Frankiem, któremu towarzyszył Wilhelm Koppe, obaj dygnitarze hitlerowscy wyszli cało. Tymczasem „Parasol”, mimo poniesionych strat, chodził w glorii skutecznego wykonawcy zamachu na Franza Kutscherę.

Po powrocie „Rafała” do Warszawy rozpoczęto gromadzenie broni, amunicji wraz z granatami i przygotowywanie dokumentów, pieniądzy, oporządzenia i ekwipunku uczestników operacji specjalnej. Najwięcej trudności sprawiało skompletowanie samochodów wraz z kierowcami. W Puszczy Kampinoskiej przeprowadzono ćwiczenia dla nieostrzelanej części zespołu zamachowców. Ćwiczono – jak napisał Piotr Stachiewicz w „Akcji »Koppe«” – „ściśle według założeń: strzelanie z różnych pozycji, różną bronią, różnej długości seriami z pistoletów maszynowych. Mierzono czas przygotowania się do oddania strzałów, ćwiczono wyjmowanie broni”. Jednocześnie rozpoczęły się pierwsze odprawy przedakcyjne.

Zamach na szefa SS i policji na dystrykt warszawski brigadeführera SS i generała majora Waffen SS Franza Kutscherę miał zostać „powtórzony” w Krakowie. Kadr z filmu „Zamach” z 1958 roku w reżyserii Jerzego Passendorfera.
Zamach na szefa SS i policji na dystrykt warszawski brigadeführera SS i generała majora Waffen SS Franza Kutscherę miał zostać „powtórzony” w Krakowie. Kadr z filmu „Zamach” z 1958 roku w reżyserii Jerzego Passendorfera.

Wybór wariantu

W gronie wysokich rangą oficerów Kedywu Armii Krajowej przedyskutowano trzy warianty planu likwidacji Koppego w zależności od trasy przejazdu obergruppenführera z Wawelu do siedziby rządu GG, czyli do gmachu przedwojennej Akademii Górniczej. W końcu zdecydowano się zaatakować limuzynę Koppego i wóz eskorty w samym środku niemieckiej dzielnicy Krakowa, u zbiegu ulicy Powiśle i placu Kossaka, niespełna 500 metrów od Wawelu. W pobliżu placu Kossaka znajdowały się liczne instytucje niemieckie, w tym wyposażone w samochody pogotowie policyjne, kwatera policji porządkowej, koszary pułku piechoty SS, o siedzibie dowództwa Wehrmachtu w Krakowie i jednostce Luftwaffe już nie wspominając.

Za wyborem tego miejsca świadczyło kilka ważnych czynników. Piotr Stachiewicz w „Akcji »Koppe«” pisał: „Z placu Kossaka wychodziło szereg ulic w różnych kierunkach, stanowiących udogodnienie w razie nieprzewidzianych okoliczności. Jednym z głównych argumentów był również i ten, że niedaleka i mało uczęszczana droga z Wawelu do rogu placu Kossaka i ulica Powiśle nie pozwalała zwiększyć odległości pomiędzy samochodem Koppego i samochodem eskorty; przyjmowano, że jeden będzie jechał zaraz za drugim, plan akcji zaś przewidywał równoczesne zatrzymanie, ostrzelanie wozu Koppego i wykonanie na nim wyroku oraz rozprawienie się z obsadą samochodu ochrony”.

Po dopracowaniu szczegółów utworzono dwie grupy uderzeniowe i dwie ubezpieczające. W skład pierwszej grupy wchodził dowódca całej akcji „Rafał”, jego drugi zastępca „Mietek” (Antoni Sakowski) oraz „Kruszynka” (Zdzisław Poradzki), który pięć miesięcy temu był bardzo skuteczny w najważniejszym momencie zamachu na Kutscherę. Drugą grupą uderzeniową dowodził pierwszy zastępca „Rafała” – „Ali” (Stanisław Huskowski), który również 1 lutego 1944 roku brał udział w akcji „Kutschera” i, niestety, nie zapisał się w niej dobrze. Był wówczas pierwszym zastępcą dowódcy akcji i koledzy z „Parasola” mieli do niego sporo pretensji. We wspomnianej akcji ze zdenerwowania nie poradził sobie z otwarciem teczki zawierającej granaty i tym samym nie użył ich podczas odskoku zamachowców. A ponadto nie zastąpił rannego dowódcy akcji „Lota” (Bronisława Pietraszewicza), tylko pierwszy udał się do samochodu przeznaczonego do odskoku.

Na udział „Alego” w akcji „Koppe” wyraził zgodę „Jeremi” (Jerzy Zborowski), zastępca dowódcy batalionu „Parasol”, który też jako obserwator całej akcji został przydzielony do pierwszej grupy uderzeniowej.

Wyrok na obergruppenführera SS Wilhelma Koppego miał zostać wykonany 5 lipca 1944 roku. Wszyscy zajęli stanowiska zgodnie z ustalonym planem. W pobliżu czekały samochody zamachowców, ale tego dnia mercedes wyższego dowódcy SS i policji oraz wóz ochrony nie pojawiły się na ulicy Powiśle. Hitlerowski dygnitarz pojechał inną trasą.

Dzień wykonania wyroku

Świadek i uczestnik tamtych wydarzeń, cytowany już tu Wojciech Świątkowski w wywiadzie dla miesięcznika „Historia – Do Rzeczy” powiedział, że zamachowcy czekali na Koppego również 7 lipca, „ale nasz cel pozostał tego dnia na Wawelu – odbywało się tam jakieś ważne spotkanie”. Samochód ­obergruppenführera wyjechał natomiast z Wawelu cztery dni później – 11 lipca, gdy znowu czekali na niego akowcy z „Parasola”. Ale i tego dnia nie wszystko przebiegało tak, jak zwykle. Oddajmy zatem głos Świątkowskiemu: „Łączniczki ustawione wzdłuż trasy przejazdu po kolei dawały znać, że w mercedesie jedzie nasz cel. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu okazało się jednak, że limuzyna jechała sama! Mieliśmy tylu ludzi, ponieważ byliśmy przygotowani na to, że Koppemu będzie towarzyszyło auto z ochroną. Zazwyczaj bowiem przed limuzyną Koppego jechał samochód terenowy z żołnierzami. Z powodu kolorystyki nazywaliśmy go »tygrysem«. Jednak nie wiedzieć czemu, akurat tego dnia Koppe jechał bez ochrony. Dowódca akcji »Rafał« wydał w końcu rozkaz rozpoczęcia akcji umówionym sygnałem – zdjął czapkę”.

I w tym momencie zamachowcy się pogubili. Plan akcji w ogóle nie przewidywał wariantu braku samochodu ochrony. Wszyscy wzrokiem go szukali, pomijając cel główny – limuzynę obergruppenführera, która sunęła ulicą Powiśle. Miała ją zablokować i zatrzymać ciężarówka chevrolet 4 t., kierowana przez dziewiętnastoletniego „Otwockiego” (Mieczysława Janickiego), który – jak się później okazało – miał bardzo mały staż jazdy ciężarówkami i nigdy wcześniej nie uczestniczył w żadnej akcji bojowej. Przyjęto go do grupy zamachowców tylko dlatego, że brakowało kierowców.

„Dwie rzeczy się tu złożyły w niefortunny sposób: z jednej strony ciężarówką »Otwocki« wykonał ten manewr [blokowania limuzyny Koppego] zbyt wolny” – wspominał dalej „Korczak”. I dodał: „Tłumaczył to potem tym, że zdezorientował go nieco brak »tygrysa«. Z kolei kierowca Koppego bardzo umiejętnie ominął przeszkodę, wjeżdżając na trawnik, chociaż był już pod ostrzałem. W ten sposób Koppe uciekł z placu Kossaka”.

Mercedesa Koppego próbowano jeszcze gonić chevroletem 3/4 t. (nie mylić z samochodem „Otwockiego”), ale 12-cylindrowa limuzyna obergruppenführera wjechała na ulicę Zwierzyniecką i szybko oddaliła się od ścigającego go samochodu. I było po akcji.

Wilhelm Koppe nie został nawet draśnięty, chociaż śmiertelne rany postrzałowe otrzymał kapitan Hoheisel z 557. Wojskowego Parku Samochodowego, który – siedząc obok kierowcy – towarzyszył wyższemu dowódcy SS i policji zamiast samochodu ochrony. Tego bowiem dnia z powodu jakiejś awarii nie wyjechał on z bazy samochodowej, co było pośrednią, ale ważną przyczyną niepowodzenia akcji „Koppe”.

Pechowy odskok

Przeprowadzono ją bez strat własnych, ale akowców z „Parasola” szczęście opuściło podczas odskoku. Wprawdzie bez przeszkód kolumną samochodów wyjechali z pełnego Niemców Krakowa, minęli Ojców i Wolbrom i dopiero za Porębą Dzierżną w rejonie wsi Kąty zostali ostrzelani przez żandarmów niemieckich jadących dwoma wozami terenowymi. W tej potyczce postrzał w brzuch otrzymał „Dietrich” (Eugeniusz Schielberg), którego stan pogarszał się z minuty na minutę. Wycofujący się z Krakowa akowcy zatrzymali się w majątku Udórz, gdzie „Dietrichem” zajął się lekarz.

W tym czasie – jak wspominał Wojciech Świątkowski – „od strony północnej nadjechali Niemcy kilkoma samochodami ciężarowymi. Zapewne powiadomili ich ci, którzy ostrzelali nas wcześniej. Mieli nad nami wielką przewagę liczebną. W pierwszym aucie siedzieli tylko kierowca i łączniczka »Zeta«, czyli Halina Grabowska.

Jej tam nie powinno być, ponieważ łączniczki nie uczestniczyły w odskokach. Prawdopodobnie „Zeta” wymogła na zaprzyjaźnionym z nią „Rafale”, że wróci do Warszawy razem z żołnierzami z grup uderzeniowych i ubezpieczających. I zapłaciła za to życiem. Gdy kolumna pojazdów, uszczuplona o jeden wóz stracony pod Kątami, dostała się pod ogień Niemców, „Zeta” została ranna w szoferce ostrzeliwanej ciężarówki. „Oczywiście próbowaliśmy ją uwolnić i zabrać ze sobą. Niestety, przewaga ogniowa wroga była tak duża, że było to niemożliwe” – wspominał Świątkowski.

Porzucono więc samochody i uciekano piechotą. Właśnie podczas odwrotu zostali postrzeleni „Rafał”, „Warski”, „Orlik”, „Ali”, „Storch” i „Zeus”, z których – wraz z wcześniej ranną „Zetą” – „Warski” (Tadeusz Ulankiewicz) i „Storch” (Bogusław Niepokój) zostali ujęci przez Niemców. Natrafili też oni na zwłoki „Orlika” (Wojciecha Czerwińskiego), który albo zginął w walce, albo ranny widząc nadchodzących żandarmów niemieckich popełnił samobójstwo. „Ali” natomiast zmarł niemal natychmiast po otrzymaniu postrzału.

Trójkę rannych aresztowano i po przewiezieniu do Krakowa osadzono w więzieniu na ulicy Montelupich. Tam byli torturowani, ale czy Niemcom udało się wydobyć z nich jakieś ważne informacje, tego nie wiadomo. Założenia całej akcji „Koppe” znała łączniczka „Zeta”, która – jak się rzekło – blisko współpracowała z „Rafałem”, a on nie miał przed nią żadnych tajemnic. Gdyby jednak „Zeta” zdradziła, nie spotkałby ją los, który zgotowano całej trójce aresztowanych. 23 lub 24 lipca 1944 roku zostali oni zamordowani. 26 lipca ich ciała zostały przekazane jako NN do Zakładu Medycyny Sądowej. Po przeprowadzeniu sekcji (obejmującej tylko oględziny zewnętrzne) zostały następnie bezimiennie pochowane. Na szczęście dla historyków, protokoły sekcji zachowały się. Dowiadujemy się z nich między innymi, że „Storch” i „Warski” zostali zamordowani strzałami w potylicę.

Wojciech Świątkowski „Korczak” tak oto w wywiadzie prasowym skwitował zamach na Koppego: „W sumie ta nieudana akcja likwidacyjna kosztowała nas pięciu zabitych i pięciu rannych”.

Pozostałym uczestnikom zamachu na Koppego udało się wyrwać z kleszczy Niemców i z pomocą miejscowej ludności oraz lokalnych oddziałów AK przedostać do Przysieki leżącej około 30 kilometrów od miejsca, gdzie porzucono samochody. Tam spędzili kilka dni, by wkrótce pociągami powrócić do Warszawy. Do tej Warszawy, gdzie za kilka dni miało wybuchnąć powstanie. Nikt z dowództwa AK nie miał już czasu i ochoty na przeanalizowanie krakowskiego niepowodzenia. Jedynie kapitan „Pług” wysłuchał meldunku „Jeremiego” w tej sprawie.

Podczas powstania warszawskiego zginęło kilku kolejnych uczestników akcji „Koppe”, w tym jej dowódca „Rafał”. I tylko sam Koppe wojnę przeżył w Krakowie, ze stolicy GG ewakuując się w tym samym czasie co gubernator Frank.

Wymienione w tym rozdziale krakowskie ulice mają współczesne nazwy, które zresztą w zdecydowanej większosci nie zmieniły się od sierpnia 1939 roku. Niektóre nazwy zmienili jednak Niemcy, głównie w dzielnicach zamieszkałych przez Niemców. Rynek Główny to był oczywiście Adolf Hitler-Platz, ulica Powiśle to była Johan von Speyerstrasse, a Zwierzyniecka – Hansestrasse.

Byłemu wyższemu dowódcy SS i policji w Kraju Warty i Generalnym Gubernatorstwie szczęście sprzyjało i po 1945 roku. Pod nazwiskiem Lohmann (było to panieńskie nazwisko jego żony) Wilhelm Koppe kierował fabryką czekolady, rychło stając się znanym w rejonie Bonn przemysłowcem. Wkrótce „namierzyli” go jednak polscy poszukiwacze zbrodniarzy hitlerowskich, a prokuratura Republiki Federalnej Niemiec w 1960 roku aresztowała. 19 kwietnia 1962 roku byłego ­obergruppenführera SS zwolniono za kaucją 30 000 marek. Dwa lata później prokuratura w Bonn wszczęła przeciwko niemu postępowanie, oskarżając Koppego o współudział w zamordowaniu 145 000 osób. W 1966 roku Sąd Krajowy w Bonn umorzył to postępowanie z powodu złego stanu zdrowia oskarżonego.

Koppe nie tylko nie został wydany Polsce, ale nigdy nie poniósł jakiejkolwiek kary za zbrodnie popełnione w okupowanej Polsce, w której spędził – najpierw w Poznaniu, a później w Krakowie – praktycznie całą wojnę. Zmarł w Bonn śmiercią naturalną 2 lipca 1975 roku w wieku 79 lat.

Jest to cały artykuł „Polowanie na Wilhelma Koppego – część 2” opublikowany w numerze
Odkrywca 6 (233) czerwiec 2018

ODKRYWCA 6/2018
Dziennikarz | strona

Poznański dziennikarz i pisarz. Wieloletni współpracownik „Odkrywcy”. Autor ponad 20 książek, cieszących się wielkim zainteresowaniem czytelników, poświęconych tajemniczym zdarzeniom z czasów II wojny światowej.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

css.php