PIENIĄDZ IDZIE NA FRONT

Udostępnij:

Żołd dla wojsk Mussoliniego – banknoty o nominałach 5 i 10 lirów z początkowego okresu wojny.

Napoleon Bonaparte stwierdził, że do prowadzenia wojny potrzeba jedynie trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. Trudno się z tym nie zgodzić – konflikty XX wieku rujnowały budżety państw walczących po obu stronach frontu.

Banknoty i monety, w których otrzymywali wypłaty żołnierze obu wojen światowych, to obecnie ciekawe pamiątki zaliczane do grupy tzw. personal items, czyli przedmiotów osobistych żołnierza. Dla entuzjastów wojskowości, poszukiwaczy wojennych artefaktów czy kolekcjonerów wojskowych pamiątek najważniejszym dowodem na ścisłe związki środków płatniczych z militariami jest sama etymologia słowa „żołnierz”. W języku polskim rzeczownik ten pojawił się w XVI wieku i oznaczał osobę pełniącą służbę wojskową właśnie za pieniądze, choć początkowo obowiązywała zapomniana już dziś forma „żołdnierz” – czyli ktoś pobierający żołd. W minionych wiekach w języku polskim także wyrażenie „żołdak” oznaczało wojskowego otrzymującego wynagrodzenie za swoją służbę i absolutnie nie miało pejoratywnego znaczenia. Oba rzeczowniki trafiły do polszczyzny zapożyczone z języka niemieckiego, gdzie słowo „Soldat” (żołnierz) ma identyczną genezę. Pochodzi od rzeczownika „Sold”, czyli żołd. Nieprzypadkowo książeczka żołdu (niem. Soldbuch, ang. Pay Book) to jeden z podstawowych dokumentów osobistych żołnierza – i najbardziej ceniony oraz poszukiwany przez zbieraczy dowód tożsamości.

ZŁOTÓWKI DROGA NA MAKULATURĘ

Krwawą historię świata prześledzić można przez pryzmat cyrkulacji rozmaitych środków płatniczych, pojawiania się w obiegu nowych pieniędzy lub ich zaniku oraz umocnienia pozycji walut tych państw, które z wojen wychodziły zwycięsko. Przede wszystkim jednak pod każdą szerokością geograficzną w nowożytnym świecie wszystkie armie musiały posiadać rezerwy walut, aby płacić swoim ludziom oraz na bieżąco dokonywać zakupów. Przedwojenne Wojsko Polskie nie odbiegało od tej prawidłowości, o czym świadczy relacja historyka Artura Wodzyńskiego, który zwraca też uwagę na chaos, jaki wkradł się po 1 września 1939 roku w finanse polskich pułków:

„Aby dokonać zakupów, żołnierzom niezbędne były pieniądze. Gotówką zarządzali w oddziałach oficerowie płatnicy, mający do pomocy niewielki personel odpowiedzialny za rachunkowość. Wypłaty żołdu i gaż następowały nieregularnie, w niektórych jednostkach żołnierze nie otrzymali podczas kampanii w ogóle żadnych pieniędzy. W czasie pokoju szeregowi otrzymywali 85 groszy na dekadę, starsi szeregowi 1 złoty i 10 groszy, a kaprale 2 złote 50 groszy, po wybuchu wojny kwota ta ulegała automatycznie podwojeniu, w ramach tzw. dodatku polowego”.

Przed wybuchem wojny polska złotówka cieszyła się szacunkiem i była dobrą, w pełni wymienialną walutą. Niestety, wraz z niekorzystnym przebiegiem kampanii wrześniowej wartość polskiej waluty pikowała. Jest to sytuacja modelowa, gdy pieniądz strony przegrywającej wojnę staje się coraz mniej warty. W połowie września 1939 roku pliki przedwojennych złotówek przewożone w pancernych kasach stawały się z dnia na dzień coraz mniej wartą makulaturą. Artur Wodzyński opisuje dylematy związane z zapasami pieniędzy przewożonymi przez oddziały Wojska Polskiego:

„Zdarzało się, że żołnierze otrzymywali pieniądze w formie zaliczki na kilka tygodni naprzód »na zakup żywności w czasie marszu« – strz. Janiszewski pobrał tym sposobem 60 zł (…) Kapitulacjom i rozwiązaniu oddziałów towarzyszyło bardzo często rozdzielanie całej posiadanej gotówki. Kwoty wypłacane oficerom były znaczne i sięgały kilku tysięcy złotych. »Otrzymałem 5000 zł, co było w owym czasie równowartością grubo przekraczającą moją półroczną przedwojenną gażę« – relacjonował rtm. Rybicki. (…) Każdy chciał możliwie najlepiej ulokować posiadane złotówki. Podporucznik Thiel, na przykład, postanowił nabyć aparat fotograficzny, dowódca kompanii srebrną papierośnicę i złoty pierścionek”.

Używana w niemieckich placówkach bankowych lub pocztowych koperta na banknoty – była przeznaczona do przechowywania 100 banknotów 50 reichsmarek.

SIŁA ZIELONYCH

Dla wszystkich kampanii wojennych charakterystyczne jest, że po ich zakończeniu waluta strony przegranej nie stanowi już praktycznie żadnej wartości nabywczej, i występując w szczątkowym obiegu, staje się ewentualnie pamiątką dla zwycięzców. O ile w podbitych w 1945 roku Niemczech amerykańscy żołnierze polowali na każdy niemal hitlerowski artefakt, to – jak opisuje Stephen E. Ambrose, autor kultowej książki „Kompania braci”:

„Na pieniądze mało kto się łaszczył. Plutonowy Edward Heffron i sanitariusz Ralph Spina wpadli kiedyś do domu, w którym zaskoczyli i wzięli do niewoli sześciu niemieckich żołnierzy. Heffron i Spina natychmiast ich zrewidowali, konfiskując zegarki, doskonałą lornetkę i podobne rzeczy. W pewnej chwili zauważyli na półce stalową kasetkę. Spina rozbił ją – wewnątrz znajdowały się marki, wypłata żołdu dla wojska. Zabrali je. (…) Po powrocie na kwaterę nad butelką koniaku zastanawiali się, co też oni zrobią z tymi pieniędzmi. Rano, jeszcze zanim wytrzeźwieli, poszli na mszę do katolickiego kościoła i budząc entuzjazm swoją szczodrobliwością, dali łup na tacę”.

Z drugiej jednak strony, potęga amerykańskiego dolara i ugruntowana pozycja tej waluty jako uniwersalnego środka płatniczego powodowała, że „zielone” były uznawane za twardy pieniądz po obu stronach frontu i w głębi okupowanych terytoriów, przydatny zarówno dla konspiratorów z ruchu oporu, jak będący skarbem, po który chętnie wyciągali łapy skorumpowani gestapowcy czy funkcjonariusze Kempeitai (japońskiej służby bezpieczeństwa). Dolar zawsze był w cenie, a po uzyskaniu przez aliantów inicjatywy w II wojnie światowej, był w zasadzie pieniądzem, za który w ogarniętym wojennym szaleństwie świecie można było mieć wszystko.

POTRÓJNA MARKA

Specyficzną odmianą pieniędzy spotykanych podczas wojny są będące jej bezpośrednią pochodną tzw. pieniądze okupacyjne lub inwazyjne. Ich istnienie wynika z faktu, że zbrojny podbój obcego państwa wiąże się z przejęciem kontroli nad jego terytorium, gospodarką, administracją i skarbem. Zazwyczaj też okupant wprowadza na zajętych terytoriach, o ile nie zostaną one włączone we własne struktury, nową walutę, która staje się realnym symbolem nowych porządków. Zabiegów takich podczas II wojny światowej dokonywali Niemcy na okupowanych obszarach Polski czy Ukrainy, podobnie postępowali zachodni alianci po upadku faszystowskich Włoch i III Rzeszy. Wielka ilość krajów, podbitych przez państwa Osi, a potem zajętych przez aliantów, przełożyła się na ogromną ilość różnych okupacyjnych walut.

Pierwszą związaną z II wojną światową okupacyjną walutą były korony emitowane dla Protektoratu Czech i Moraw – pseudopaństwowego tworu pod kontrolą III Rzeszy, jaki powstał po rozbiorze Czechosłowacji i oderwaniu się od niej Słowacji, która jako niepodległe w teorii państwo rozpoczęła emisję własnej waluty (koron słowackich). Tak więc jeszcze przed 1 września 1939 roku można zaobserwować pojawienie się na rynku walutowym dwóch nowych walut i zniknięcie jednej – austriackiego szylinga, zastąpionego po przyłączeniu Austrii do III Rzeszy przez niemiecką markę.

Warto tutaj przypomnieć o skomplikowaniu monetarnych rozwiązań, które niosły ze sobą hitlerowskie Niemcy. Jeszcze przed wybuchem wojny w samej Rzeszy obowiązywały jednocześnie dwie waluty – oprócz reichsmarki w obiegu była jeszcze rentenmarka. Obie miały równą wartość, ale rentenmarka, jako relikt kryzysu i hiperinflacji po I wojnie światowej w Niemczech, nie miała pokrycia w złocie, a w należącej do państwa ziemi i towarach. Pomimo przezwyciężenia przez nazistów kryzysu rentenmarki przez cały okres istnienia III Rzeszy nadal znajdowały się w obiegu. Ostatnie emisje banknotów o nominałach jednej i dwóch rentenmarek miały miejsce jeszcze w 1937 roku, a walutę tą honorowano jeszcze kilka lat po wojnie!

Aby było jeszcze bardziej zawile, podczas wojny bank Rzeszy emitował reichsmarki przeznaczone do obiegu wyłącznie poza Rzeszą – na terenach okupowanych lub terytoriach państw satelickich. W pewnej części obieg tych pieniędzy nakładał się na cyrkulację walut okupacyjnych emitowanych dla niektórych krajów. Ponadto emitowano jeszcze wojskowe reichsmarki dedykowane do obiegu tylko w Wehrmachcie.

PIENIĄDZ W OKUPOWANEJ POLSCE

Wracając do walut okupacyjnych, to pierwszym prawdziwie już wojennym pieniądzem z szerokiej gamy tych środków płatniczych wymyślonych przez hitlerowców były złotówki Banku Emisyjnego, które po upadku Polski zastąpiły walutę Narodowego Banku Polskiego. Należały do jednych z najdłużej wykorzystywanych okupacyjnych pieniędzy – z emisyjną złotówką może co prawda konkurować np. pozostająca w obiegu do 8 maja 1945 roku okupacyjna korona norweska, ale pojawiła się później niż waluta okupowanej Polski.

Znamienne jest, że w porządkach utrwalanych w ramach swojej szalonej wizji hitlerowcy pozostawali w pewnych aspektach racjonalni: obowiązująca w Generalnej Guberni waluta była przypisana do tego terenu jako legalny pieniądz na tyle, że nawet przedstawiciele „rasy panów” musieli się nią posługiwać, przebywając na tym terenie, a żołnierzom z okupacyjnych formacji wypłacano żołd właśnie w tej walucie, podobnie jak pracownikom przebywającym dłużej za granicą wypłaca się pensję w walucie kraju, w którym pracują zarobkowo.

Banknot 20 pengő z 1941 roku. W 1944 roku na ziemie polskie sporo takich pieniędzy napłynęło z cofającymi się węgierskimi jednostkami. Do samego końca wojny na froncie wschodnim były odcinki obsadzone wyłącznie przez te oddziały, a część węgierskich wojsk skapitulowała przed Amerykanami dopiero w maju 1945 roku.

Przez pierwszy okres okupacji w obiegu występowały jeszcze oryginalne polskie banknoty przedwojenne, ale już z niemieckim stemplem, który limitował ilość znajdującej się na rynku waluty (oczywiście sprytni jak zawsze Polacy znacznie ilość tą zwiększyli, fałszując niemiecki nadruk na zapasach pieniędzy sprzed wojny – np. ukrytych przez jednostki Wojska Polskiego przed zakończeniem kampanii wrześniowej).

W 1940 roku pojawiły się już całkiem nowe banknoty. Ich druk odbył się w przejętej przez okupanta Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych w Warszawie, drukowano je także w Wiedniu. Okupacyjne złotówki stały się jednym z symboli strasznych czasów pod hitlerowskim jarzmem, szybko też przeniknęły do okupacyjnego folkloru. Najwyższy nominał z okupacyjnych pieniędzy, sławny „góral”, czyli banknot o nominale 500 złotych, nazwany tak ze względu na tatrzańską ornamentykę i podobiznę górala, występuje m.in. w filmie „Zakazane Piosenki”: „Ty górala dasz, żeby nie wydał, on górala weźmie i ciebie wyda (…)”. Tekst śpiewanej po bramach i podwórkach okupacyjnej ballady wskazuje też na korupcję hitlerowskiego aparatu administracyjnego i formacji zbrojnych. Faktycznie, skala korupcji w Generalnej Guberni była wysoka, a oprócz emisyjnych złotówek i walut innej proweniencji, hitlerowców przekupywano często… bimbrem i wódką – choć dotyczyło to oczywiście niższych szarż i bardziej błahych problemów. Oficjalny kurs emisyjnej złotówki do reichsmarki, określony przez władze niemieckie, ustalony został na poziomie 2 złote do 1 marki, choć na czarnym rynku za markę płacono w porywach nawet 4 złote.

Ze względu na wielkie potrzeby finansowe podziemnego państwa polskiego, wśród których łapówki dla Niemców były wydatkiem marginalnym, produkcję fałszywych banknotów Banku Emisyjnego dla potrzeb konspiracji uruchomiono najpierw w Podziemnej Wytworni Banknotów, a potem w Wielkiej Brytanii. Na drodze lotniczych zrzutów trafiały one w ręce Armii Krajowej i służyły nie tylko zakupom leków, żywności czy broni, ale też bardziej trywialnym, ale jakże ważnym celom – np. umożliwiając utrzymanie się konspiratorom, którzy musieli pokrywać z jakiegoś źródła swoje niecodzienne nieraz wydatki czy po prostu z czegoś żyć.

Przedwojenny grecki banknot 20 drachm – zwraca uwagę ornamentyka oparta na wizerunku swastyki, która w okresie przedwojennym nie była jednoznacznie wiązana z hitleryzmem i często pojawiała się we wzornictwie na przedmiotach użytkowych.

Z kolei okupanci mieli jeszcze w swoich zamiarach wydanie banknotu o zawrotnej wartości 1000 złotych, jednak zbliżający się front wschodni rozwiał te plany. Tysięczny nominał miała ozdobić podobizna krakowiaka, stąd przypuszczać można, że zapewne pieniądz ten warszawska ulica szybko przezwałaby „krakowiakiem”. Należy dodać, że przez okres okupacji najczęściej spotykaną obiegową nazwą emisyjnych złotówek były „młynarki”, stosowano też określenie „złotówki krakowskie” (stolicą Generalnego Gubernatorstwa był Kraków).

Bardzo ciekawy aspekt funkcjonowania hitlerowskich złotówek emisyjnych dotyczy powstania warszawskiego. Banknotów tych, ostemplowanych przez AK, używano w roli powstańczego żołdu i płac. Był to jednak epizod krótki i w chaosie ulicznych walk w Warszawie miał raczej wymiar symboliczny.

FINANSOWY CHAOS

Po kampaniach roku 1940 Niemcom przybyło terenów okupowanych i generalnie na zachodzie Europy w obiegu pozostały pieniądze istniejące tam przed niemiecką inwazją. Nastały „drobne” zmiany – norweska korona nadal była w użyciu, ale zniknęły z niej inicjały króla Haakona VII, zastąpione wikińskimi symbolami – to charakterystyczne posunięcie spotkało wcześniej polskie złotówki, na których narodowe symbole zamieniono na ludowe motywy. Francja, podzielona na strefę okupowaną i faszystowskie Vichy, miała dwie odrębne waluty. W pierwszym przypadku były to emitowane wciąż przez Niemców franki, w drugiej sytuacji – franki emitowane przez faszystowski reżim Pétaina.

Rok 1941 przyniósł nie tylko dalsze zagłębienie się w wojennym szaleństwie, ale i kolejne zawirowania na rynkach finansowych. Kampania na Bałkanach przyniosła rozpad Jugosławii, gdzie w satelickiej wobec Niemiec Chorwacji pojawiły się faszystowskie kuny, w marionetkowej Serbii, rządzonej przez prohitlerowskiego dyktatora, generała Milana Nedicia, dinary serbskie. W kontrolowanej przez Włochy Czarnogórze wprowadzono liry, a na ziemiach przyłączonych do Niemiec i Węgier odpowiednio marki i pengő. Dla Grecji nadal emitowano drachmę, jednak w nowej szacie graficznej. W kontrolowanej przez Mussoliniego Albanii, do której w ramach postulowanego przez włoskich faszystów programu Wielkiej Albanii przyłączono kawałki rozbitej Jugosławii i fragmenty Grecji, wprowadzono faszystowskie leki, których kurs zrównano z lirem włoskim. Jednocześnie na terenie tym nadal funkcjonowały w obiegu franki albańskie. Celowo pomijam inne bałkańskie obszary i dzieje obowiązujących na nich środków płatniczych, gdyż wykraczałoby to poza ramy tegoż artykułu. Dodać należy jedynie, że Bułgaria, do 1944 roku ściśle związana z państwami Osi, też miała swój udział w wojnie na Bałkanach, m.in. w agresji na Jugosławię. Jej walutą tak wtedy, jak i w powojennych czasach komunistycznych oraz obecnie były lewy, obowiązujące na zajętych lub kontrolowanych przez Bułgarów terenach.

EKONOMIA NA FRONTOWYM ZAPLECZU

Istniejący w ten sposób chaos finansowy pogłębił atak na ZSRR. Obszary okupowanej Ukrainy, określanej Komisariatem Rzeszy (Reichskommissariat Ukraine), otrzymały okupacyjne karbowańce. Emitentem tej waluty był Centralny Emisyjny Bank Ukrainy, działający w Równem, „stolicy” okupowanej Ukrainy. Ustalony przez Niemców kurs wymiany wynosił 10 karbowańców za 1 markę niemiecką. Obecnie to dość rzadkie na rynku kolekcjonerskim pieniądze. Posiadanie ich zaraz po wojnie w ZSRR, na terenie ukraińskiej republiki radzieckiej, dla właściciela mogło się zakończyć bardzo nieciekawie, więc zaraz po przejściu frontu banknoty były masowo niszczone.

Na Łotwie wprowadzono reichsmarkę w wersji do obiegu poza Rzeszą, która zastąpiła obowiązujący w latach 1940–1941 sowiecki rubel, wprowadzony przez władze radzieckie w miejsce łotewskiego łata, który wcześniej obowiązywał równolegle z rublem łotewskim. Identyczna sytuacja panowała na Litwie – tamtejsze lity Sowieci od 1940 roku zastępowali sowieckim rublem, a Niemcy po swoim wejściu „zagraniczną” reichsmarką. Tak samo miały się sprawy z estońską koroną.

Na tę sytuację nakładał się obieg walut wynikający z obecności na froncie wschodnim Rumunów ze swoimi lejami, Węgrów z pengő, Włochów z lirami, Chorwatów z kunami, Finów z markami fińskimi, Hiszpanów z pesetami, Słowaków z koronami słowackimi. Każdy z żołnierzy tych armii próbował coś kupować od lokalnej ludności, jednak jak mogłaby wyglądać taka wymiana – trudno powiedzieć. Można przyjąć, że pomimo równoczesnego funkcjonowania różnych walut największą siłę nabywczą miała hitlerowska marka, jako pieniądz uniwersalny w tym momencie i na tym obszarze świata, oraz, jak już wspomniano, amerykański dolar – w którego jednak posiadanie, tym bardziej w większej ilości, trudno było wejść przeciętnemu żołnierzowi.

Nasuwa się też refleksja, czy prosty białoruski lub ukraiński chłop, np. na bagnach poleskich, „honorowałby” taką zapłatę, w walucie jakiegoś USA, o którym wcześniej nie słyszał. Na dzikim, frontowym zapleczu najróżniejsze, często dość egzotyczne pieniądze nieraz miały większą siłę przebicia, choć zapewne jeszcze częściej obowiązywał handel wymienny.

ŹRÓDŁA:

Stephen E. Ambrose, „Kompania braci”, Wydawnictwo Magnum, Warszawa 2016.

John Steinbeck, „Była raz wojna”, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1961.

Artur Wodzyński, „W odwrocie i walce”, Muzeum II Wojny Światowej, Gdańsk 2013.

Jak zawsze nasz numer można znaleźć w każdym salonie Empik, Inmedio, Garmond, Relay, Ruch. Numery można również zdobyć w postaci e-wydania w serwisie e-Kiosk.pl.

Powiązane wpisy

Udostępnij:

Autor

Entuzjasta historii obu wojen światowych, kolekcjoner żołnierskiego ekwipunku z lat 1914–1945, miłośnik fantastyki i fan rockowej muzyki, polskich gór i polskiego morza. Z wykształcenia humanista, z doświadczenia zawodowego – reporter w prasie codziennej. Autor rubryki „Wojna od kuchni” w miesięczniku „Odkrywca”. Wyznawca maksymy stworzonej i wyśpiewanej przez Marka Grechutę: „ważne są dni, których jeszcze nie znamy”.

Dodaj komentarz

css.php