OSS Jedburghs: amerykańscy komandosi za linią wroga. Część 1. Zaskocz, zabij, zniknij

Udostępnij:

William J. Donovan chciał stworzyć agencję wywiadowczą, która zdobywanie informacji łączyłaby z prowadzeniem operacji specjalnych. W tym celu komandosi z zespołów „Jedburgh” uczyli się m.in. języków obcych, skoków spadochronowych, obsługi radiostacji oraz metod walki partyzanckiej.

W ramach operacji „Jedburgh” do Francji, Belgii i Holandii zrzucono 286 alianckich komandosów. Kilkuosobowe, mieszane zespoły stworzyło 103 Francuzów, 90 Brytyjczyków, 83 Amerykanów oraz 5 Belgów i 5 Holendrów. Ich celem, realizowanym za linią wroga między czerwcem a wrześniem 1944 roku, było wsparcie lokalnego podziemia i działania dywersyjno-sabotażowe. Mieli zapewnić łączność z partyzantami walczącymi na tyłach III Rzeszy, w momencie gdy ruszała największa operacja desantowa II wojny światowej. Koordynowali akcje niszczenia lub obrony infrastruktury w zależności od rozwoju sytuacji na froncie, siali dezinformację, a zebrane wiadomości przekazywali do Londynu. Takich ludzi nie traktowano jak jeńców wojennych. Członkowie zespołów „Jedburgh” wiedzieli, co ich czeka, gdy wpadną w ręce nieprzyjaciela.

ZASKOCZ, ZABIJ, ZNIKNIJ

Wśród źródeł nazwy „Jedburgh” wskazuje się m.in. południowoafrykańskie miasto, w którym Burowie stosowali taktykę partyzancką wobec Brytyjczyków, zestaw radiowy używany przez komandosów (Jed Sets), albo francuski odpowiednik kryptonimu D-Day, czyli J-Jour. Najczęściej przywoływana jest jednak inna hipoteza. Odwołuje się do legendarnego męstwa mieszkańców przygranicznego miasteczka w Szkocji, którzy w XII wieku stawiali dzielny opór angielskiemu najeźdźcy. Szkoccy partyzanci z toporami w rękach (Jedburgh axe) wzbudzali strach u każdego, kto usłyszał ich okrzyki wojenne.

Odwagi do walki z najeźdźcą nie można odmówić także żołnierzom, którzy kilkaset lat później słuchali komunikatów płynących z głośników na amerykańskich poligonach. Do zagranicznej misji szukano ochotników ze znajomością języka francuskiego lub innego języka europejskiego, najlepiej po dwóch latach college’u, zdolnych do służby jako spadochroniarze. Co bardziej żądnych przygody rekrutów kusiło z pewnością ostatnie zdanie ogłoszenia: „Prawdopodobieństwo niebezpiecznej misji gwarantowane” (Likelihood of a dangerous mission guaranteed).

Selekcja była prowadzona starannie. Ochotnicy przechodzili rozmowy indywidualne, testy medyczne i psychologiczne, sondowano potencjalne związki lub sympatie z Japonią czy Niemcami. Następnie czekało ich intensywne szkolenie. Obok doskonalenia znajomości języka obcego i skoków spadochronowych ćwiczenia obejmowały: operacje desantowe, narciarstwo, wspinaczkę górską, obsługę radiostacji, alfabet Morse’a, walkę wręcz, użycie materiałów wybuchowych. Kandydaci na komandosów uczyli się czytania i rysowania map, orientacji w terenie, studiowali zdjęcia lotnicze. Skuteczną współpracę z partyzantami miała zapewnić znajomość taktyki, metod walki partyzanckiej i technik szpiegowskich. Wszystkiemu przyświecał cel, aby zespoły „Jedburgh” za linią wroga działały szybko i zdecydowanie. Zgodnie z mottem: „Zaskocz, zabij, zniknij” (Surprise, kill, and vanish).

Robert R. Kehoe, jeden z „Jeds”, który selekcję i ćwiczenia przechodził w 1943 roku, o sześciotygodniowych przygotowaniach w bazie Area B-2 pisał, że świetnie budowały morale, a gdy komandosi opuszczali ośrodek, byli w doskonałej kondycji fizycznej. 23 grudnia razem z kilkunastoma tysiącami żołnierzy wsiadł na pokład RMS „Queen Mary”, by po pięciu dniach rejsu przez Atlantyk przypłynąć do Glasgow.

PODPALACZE EUROPY

W 1940 roku Winston Churchill utworzył Kierownictwo Operacji Specjalnych (Special Operations Executive, SOE), które miało „podpalić Europę”. Słynny rozkaz zakładał prowadzenie działań dywersyjnych oraz wsparcie lokalnych ruchów oporu w krajach podbitych przez III Rzeszę. Nad możliwościami wojny nieregularnej Brytyjczycy pracowali już przed wybuchem II wojny światowej, a z czasem Londyn stał się najważniejszym miejscem działań wywiadowczych aliantów.

Osobą, która wymieniała z Brytyjczykami doświadczenia na tym polu, był generał William J. Donovan, uznawany za ojca-założyciela CIA. Choć może trafniej byłoby w tym przypadku powiedzieć o pobieraniu nauki. Dowodząc batalionem 69. Pułku Piechoty podczas I wojny światowej, opierał się na rozwiązaniach szkoły brytyjskiej. Bezpośrednim zapożyczeniem było np. posiadanie w sekcji wywiadowczej nie tylko informatorów i obserwatorów, lecz także snajperów.

Donovan był przekonany, że Ameryka zasługuje na agencję wywiadowczą z prawdziwego zdarzenia, która zdobywanie informacji łączyłaby z prowadzeniem operacji specjalnych i wojną psychologiczną. Dla swojej idei pozyskał prezydenta Roosevelta. Duże wrażenie na głowie państwa zrobiły efekty ponownej podroży Donovana do Europy, kiedy po wizycie w Anglii na początku 1941 roku odwiedził brytyjskie placówki nad Morzem Śródziemnym. W raportach przesyłanych prezydentowi informował o sytuacji w ogarniętej wojną Europie. Latem dostał zielone światło, aby tworzyć organizację wywiadowczą, i stanął na czele Biura Koordynatora Informacji (Coordinator of Information, COI). Pomocną rękę na początku ponownie wyciągnęli Anglicy – pierwsze biuro COI poza granicami Stanów Zjednoczonych powstało w Londynie.

W ramach reorganizacji amerykańskich służb wywiadowczych 13 czerwca 1942 roku powstało Biuro Służb Strategicznych (Office of Strategic Services, OSS). W jego strukturze za sabotaż i partyzantkę odpowiadał wydział Operacji Specjalnych (Secret Operations, SO), natomiast przygotowaniem komandosów zajmowały się Grupy Operacyjne (Operation Groups, OG). Donovan z legendarnym zapałem i pomysłami (np. możliwością wykorzystania nietoperzy do bombardowania Tokio) przystąpił do budowania struktur nowej organizacji. Aby przełamać nieufność wobec OSS panującą wśród amerykańskich kręgów politycznych i wojskowych, wysłał do Europy swoich agentów, którzy mieli zdobyć cenne informacje i stworzyć efektywną sieć kontaktów, tak jak z powodzeniem zrobili to wcześniej oficerowie COI w Afryce Północnej.

W połowie 1942 roku OSS i SOE zawarły umowę dotyczącą udostępniania i wymiany informacji. Do ośrodków szkoleniowych na Wyspach przybywali komandosi z sojuszniczej armii. Brytyjczycy posiadali doświadczenie, system szkolenia, struktury i logistykę niezbędne do przygotowania skomplikowanej operacji przerzutu małych zespołów „Jedburgh” do Europy.

William J. Donovan (1883–1959) – twórca OSS, uznawany za ojca-założyciela CIA.

PRZYGOTOWANIA DO D-DAY

Każdy zespół tworzyło od dwóch do czterech ludzi, a w składzie zawsze musiał znajdować się jeden radiooperator. Zachęcano żołnierzy, aby wielonarodowe zespoły powstawały oddolnie, podczas ćwiczeń prowadzonych w Milton Hall. Dopasowanie swoich umiejętności i charakterów najlepiej było przeprowadzić w warunkach przypominających przyszłą misję. W bazie Ringway koło Manchesteru komandosi uczyli się skakać „po angielsku”. Jak wspominał Robert R. Kehoe, brytyjski system zakładał skok z dolnej części samolotu, z przerobionej komory bombowej. Misje były tajne, więc zrzuty przeprowadzano na niskiej wysokości, aby skrócić czas lądowania. Podczas ćwiczeń żołnierze zwykle wykonywali trzy skoki z wysokości 500, 600 stóp (150–180 metrów). W ten sposób spadochroniarze byli w mniejszym stopniu narażeni na ostrzał nieprzyjaciela.

Do rozpoczęcia misji „Jeds” byli gotowi w kwietniu 1944 roku, ale pierwszy zespół został zrzucony dopiero w noc poprzedzająca D-Day. Wcześniejsze ulokowanie oddziałów dywersyjnych na tyłach wroga mogło być czytelnym sygnałem o zbliżającej się inwazji. Podczas desantu w Normandii zrzucono ponad 90 zespołów „Jedburgh”. Działały według podobnego scenariusza: po lądowaniu zabezpieczały radiostację i dostawy broni, nawiązywały kontakt z lokalnym podziemiem, zakładały bezpieczną bazę, po czym pierwsze wiadomości przekazywały do Londynu. Każdy zespół otrzymywał do wykonania zadanie związane z miejscem zrzutu.

W czerwcu 1944 roku 10 zespołów wylądowało w Bretanii, którą uznawano za ważny obszar działań partyzanckich. Swoją misję z sukcesami realizował tu zespół „Frederick”. Zdaniem jego członka Roberta R. Kehoe’a Bretania była idealnym miejscem do prowadzenia wojny nieregularnej. Tutejsza roślinność oraz specyfika bretońskich pól, oddzielanych od siebie wysokim żywopłotem, zapewniały dobrą osłonę podczas działań. Pagórkowaty teren poprzecinany bocznymi drogami był trudny do kontrolowania przez okupanta. Miejscowa ludność, głównie farmerzy i rybacy, miała natomiast długą tradycję niezależności. Członkowie zespołu „Frederick” podczas przygotowań do misji przypuszczali, że będą współpracować z grupą 100, może 200 partyzantów. Z czasem dzięki ich wysiłkom udało się uzbroić ponad 4000 ludzi, którzy w różnym stopniu działali pod ich kierownictwem.

Powody do zadowolenia miał również zespół „Packard” dowodzony przez kapitana Arona Banka. Komandosi zrzuceni 31 lipca w pobliżu doliny Rodanu wspierali zarówno komunistów, jak i gaullistów, ściślej współpracując z tymi drugimi. Dostarczali im broń, szkolili, towarzyszyli w wypadach na mosty i tunele. Gdy wkraczali do francuskich miast, z których wycofywali się Niemcy, witano ich jedzeniem, winem i proponowano… darmowe usługi w miejscowych domach publicznych.

Odprawa w londyńskim mieszkaniu przed wyruszeniem na misję.

SPÓŹNIONE ZRZUTY

Ale tym, co bardzo często przewijało się w raportach przygotowanych przez zespoły „Jedburgh” po powrocie z misji, było poczucie frustracji. Komunikaty o wsparcie i dostawy spotykały się z brakiem odpowiedzi ze strony Londynu. Radiostacje ulegały zniszczeniom podczas zrzutów. Niejednokrotnie na miejscu okazywało się, że działali w zupełnie innych warunkach niż te, które przedstawiano im podczas szkoleń. Komandosi podkreślali, że do zrzutów dochodziło zbyt późno, często na kilka dni przed wkroczeniem regularnej armii. Operacja „Overlord” trwała już od kilku tygodni. Nie mogli pokazać pełni swoich możliwości.

Tak jak np. zespół „Alfred”, który w dolinie Oise, na północ od Paryża wylądował 24 sierpnia. Mimo że spędził we Francji cztery tygodnie, znalazł się tam zaledwie osiem dni przed nadejściem sił U.S. Army. Raport zespołu kończyła konkluzja: „To była opowieść zespołu »Alfred«, niezbyt chwalebna, lecz nie z winy zespołu. Gdybyśmy zostali wysłani wtedy, kiedy zostaliśmy zaalarmowani po raz pierwszy, jakieś dwa tygodnie przed faktycznym wylotem […], być może zrobilibyśmy coś pożytecznego”.

Podobne wrażenia z misji wyniósł zespół „Stanley”. Do Francji został zrzucony 31 sierpnia jako 35 zespół „Jedburgh”. Dostarczał cenne informacje o rozmieszczeniu i liczebności sił niemieckich, ale postawionego przed nim celu – ochrony infrastruktury – nie był w stanie zrealizować, ponieważ Niemcy zniszczyli obiekty jeszcze przed wylądowaniem zespołu. Jego członkowie mieli poczucie, że prośby o dostawy broni i nową radiostację były ignorowane. Ich zdaniem zostali wysłani na misję co najmniej o miesiąc za późno.

Generał Dwight Eisenhower dostrzegał potencjał w prowadzeniu działań dywersyjno-sabotażowych na tyłach wroga i zgodził się na ich wykorzystanie w operacji „Overlord”, jednak wielu oficerów wojsk sprzymierzonych nie było przekonanych co do wyszkolenia i przydatności komandosów OSS. Twierdzili, że ostatecznie o sukcesie inwazji i tak przesądzi regularna armia. Być może rację ma historyk Samuel J. Lewis, pisząc, że koncepcja działania zespołów „Jedburgh” wyprzedziła swój czas i możliwości technologiczne ostatnich lat II wojny światowej. Pełne wykorzystanie amerykańskich oddziałów specjalnych miało dopiero nadejść.

„Jeds” pozują przed Liberatorem B-24 tuż przed nocnym startem z lotniska Harrington.

ŹRÓDŁA:

Central Intelligence Agency (www.cia.gov).

Hogan D. W. Jr, „U.S. Army special operations in World War II”, Washington 1992.

Lewis S. J., „Jedburgh team operations in support of the 12th Army Group, August 1944”, Fort Leavenworth 1991.

Lulushi A., „Diabły Donovana. Komandosi OSS na tyłach wroga”, Warszawa 2017.

Micgiel J. S., „Project Eagle. Polscy wywiadowcy w raportach i dokumentach wojennych amerykańskiego Biura Służb Strategicznych”, Kraków 2019.

ZDJĘCIA: Central Intelligence Agency (www.cia.gov), Wikimedia Commons

Powiązane wpisy

Udostępnij:

Redaktor "Odkrywcy" | 71 329 71 85 | redakcja@odkrywca.pl

Z wykształcenia historyk. Kontakty z Czytelnikami uważa za najciekawszy z redakcyjnych obowiązków. Czeka na Wasze zgłoszenia, odkrycia i historie skarbowe.

Dodaj komentarz

css.php