Bursztynowy krzyżyk z XI-XII wieku!

Udostępnij:

Znalazła go poszukiwaczka bursztynów Julia Hladiy  na Wyspie Sobieszewskiej tuż po przejściu orkanu „Nadia” w lutym 2022 roku. Tajemnica odkrycia dopiero teraz wyszła na jaw.

Julia Hladiy z krzyżykiem

Pani Julio, wróćmy do samego momentu odkrycia krzyżyka? Co się wówczas stało?

– Podczas poszukiwań posługiwałam się kaszorkiem, czyli rodzajem podbieraka. Do niego trafiają niesione falą morską różnego rodzaju przedmioty – patyki, wodorosty, śmieci, niewielkie morskie żyjątka, a także bursztyny. Potocznie ten zmieszany materiał nazywa się „śmieciem”, a fachowo „kidziną”. W kidzinie rzadko kiedy występują kamienie – chyba że bardzo niewielkie. Trałowałam w zmąconej wodzie o głębokości mniej więcej do kolan. Prowadziłam zatem poszukiwania na „ślepo”, w przeciwieństwie do tych, którzy łapali bursztyny widoczne gołym okiem, tuż przy brzegu. Takie poszukiwania wymagają dużego doświadczenia, dobrego wzroku, a także zwinności i doskonałej koordynacji oko-ręka. Fale niekiedy potrafią w mgnieniu oka zabrać upatrzony bursztyn sprzed nosa. I właśnie wtedy szczęśliwie do mojego kaszorka musiał trafić bursztynowy krzyżyk, co okazało się dopiero po opróżnieniu siatki na brzegu i przebieraniu materiału w poszukiwaniu fantów. Zobaczyłam bursztyn i równocześnie wydałam z siebie taki okrzyk (pani Julia próbowała okrzyk odtworzyć, brzmiał mniej więcej tak: „jaaaa”, jednak ten zapis nie oddaje w pełni emocji – przyp. redakcji). Chwilę później bursztynek oglądało kilka innych osób. Już wtedy miałam pewne podejrzenie, że to nie jest zwykły bursztyn. Jego kształt sugerował bowiem, że został stworzony ludzką ręką. Jednak wówczas nie chciałam przeżyć rozczarowania i nie nastawiałam się na nie wiadomo jakie odkrycie. Pamiętam jednak, że najpierw włożyłam go do przedniej kieszeni woderów, a chwilę potem przełożyłam do do folijki po jakimś opakowaniu i umieściłam w małej kieszonce plecaka, aby lepiej zabezpieczyć znalezisko.

Kilka godzin później skontaktowałam przez Messenger z archeologiem Erykiem Popkiewiczem, wybitnym specjalistą w zakresie bursztynów. Na podstawie przesłanych zdjęć błyskawicznie rozpoznał w nim średniowieczny zabytek. Wtedy emocje sięgnęły zenitu. Okazało się, że znaleziony przedmiot był na pewno ciosany ręką ludzką, a w morzu przebywał co najmniej 100 lat. A że nie pasował do wzorców znanych nam z XIX wieku, tylko do średniowiecznych, sprawa stawała się coraz bardziej intrygująca.

Czy na plaży w Sobieszewie poszukiwała pani bursztynów sama?

– Nie, samorzutnie zjechało się tam kilkadziesiąt osób poszukujących jantaru. I tutaj uwaga: o tego typu znaleziskach mówi się lekceważąco, że są przypadkowe. Jednak temu przypadkowi można znakomicie dopomóc. Wiadomo było, że wtedy przeszedł nad tym terenem niszczycielski orkan „Nadia”. Naniósł on wiele różnego rodzaju materiału na plażę. Ponadto funkcjonując w środowisku poszukiwaczy bursztynów dostajemy czasem informacje o charakterze dyskretnym – nie do rozpowszechnienia – że w jakimś miejscu wyrzuciło bursztyn. Dzięki tego typu wiedzy, szansa na znalezisko rośnie. Wtedy w tym miejscu było tylu poszukiwaczy z kaszorkami, że aż przyjechała telewizja, by sfilmować ten niecodzienny widok. Natomiast niektórzy turyści mówili, że pierwszy raz coś takiego widzą.

Niektórzy z internautów określają pani decyzję oddania bursztynowego krzyżyka do muzeum jako przejaw naiwności…

– Tak, czytałam i takie komentarze. Ja nie traktuję mojego hobby zarobkowo. Zdecydowanie wolałam zobaczyć „mój” krzyżyk na wystawie w muzeum, niż go w tajemnicy sprzedawać jakimś handlarzom zabytków. Z czystej jedynie ciekawości próbowałam się dowiedzieć, ile mógłby być wart. Wniosek jest taki, że na ewentualnej nagrodzie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego zyskam być może więcej niż na pokątnej sprzedaży. Wojewódzki Konserwator Zabytków – z tego co wiem – wystosował już odpowiednie pismo do Ministra o nagrodę dla mnie.

Dodajmy jeszcze, że odkrycie miało miejsce na początku lutego i przez kilka miesięcy została pani przez kierownictwo Muzeum Bursztynu oraz archeologów poproszona o milczenie w tej sprawie.

– Tak rzeczywiście było. Milczenie nie jest łatwe… Pewnie, że chciałam się pochwalić moim dokonaniem w mediach społecznościowych, ale trzymałam język za zębami. I moim zdaniem – dobrze, że się tak stało. Ze wstępną ekspertyzą Eryka Popkiewicza kilka dni później zgodził się drugi archeolog – Waldemar Ossowski, dyrektor Muzeum Gdańska. Teoretycznie mogłam już wtedy chwalić się wszem wobec. Ale sądzę, że zachowując milczenie, przysłużyłam się Muzeum oraz społeczeństwu. Ludzie zaciekawieni krzyżykiem mogli – od razu po oficjalnym ogłoszeniu znaleziska – obejrzeć je na wystawie. Czekaniem męczyłam się tylko ja, najbliższa rodzina i znajomi.

Dzisiaj krzyżyk znajduje się na II poziomie wystawy stałej w Muzeum Bursztynu w Wielkim Młynie w Gdańsku.

Jeszcze raz gratulujemy i dziękujemy za rozmowę.

Artykuł został opublikowany w numerze 9/2022 “Odkrywcy”.

Jak zawsze nasz numer można znaleźć w każdym salonie Empik, Inmedio, Garmond, Relay, Ruch. Numery można również zdobyć w postaci e-wydania w serwisie e-Kiosk.pl.

Powiązane wpisy

Redaktor Naczelny "Odkrywcy" | daczkowski@odkrywca.pl

Przekonany jest, że bryłą świata poruszają pasjonaci. Oburza się, że w XXI wieku wniosek o pozwolenie na poszukiwania należy wydrukować, umieścić w kopercie, zanieść na pocztę, a potem czekać na listonosza, który przyniesie odpowiedź na wydrukowanej kartce, umieszczonej w kopercie. „Austro-Węgry, no Austro-Węgry” - komentuje tę sytuację.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

css.php