Tomasz Grzywaczewski, „Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej” – recenzja

Udostępnij:

Pierwsze zdanie skierować należy czym prędzej do tych, którzy są już tak zdegustowani obecnym w mediach landszaftowym ujęciem kresów II RP, jak i mitu „utraconej arkadii”, że mogą się wzdrygnąć na widok tej książki.

Spokojnie, bo umknie wam coś naprawdę fajnego do poczytania. Ta pozycja nie realizuje żadnego stereotypowego spojrzenia na nasze pogranicze. Jej tematem nie są  jedynie wschodnie rejony – wschód nie jest wyróżniony w stosunku do „kresów” północy, zachodu czy południa. Ponadto mamy do czynienia z reportażem bez podbijania atrakcyjnych barw i nut. Jego autor to reporter, który pojechał do kilkudziesięciu miejsc, by złapać rzeczywistość byłej granicy i pogranicza czasem za gardło, kiedy indziej za rogi, ale także za serce. I przywiózł z tamtych miejsc materiał zupełnie niewyświechtany.

Jak to Tomaszowi Grzywaczewskiemu się udało? Większość czytelników i recenzentów zwraca uwagę na to, że autor spisał dziesiątki relacji mieszkańców miejscowości położonych wzdłuż przedwojennej granicy. To prawda, ale na szczęście nie jest to zbiór wypowiedzi jak z badań etnograficznych. Z dwóch powodów.

Po pierwsze, ważnym elementem tej książki jest również opis zachowań rozmówców, ich gestów, mimiki, jak i nieomijanie opisów otaczającej przyrody i różnego rodzaju budowli jak np. elektrownia atomowa Ignalin. Dzięki nim książka nabiera w najlepszym znaczeniu tego słowa waloru literackości. Nie tylko słuchamy wypowiedzi osób, które granicę II RP pamiętały, ale również podpatrujemy je, jak i oglądamy oczami wyobraźni ich świat. Zacytujmy:

„Jadwiga mruży oczy w promieniach lipcowego słońca, spoglądając na południe w stronę Kut, gdzie osiemdziesiąt lat temu pojechali polscy żołnierze, a ona z bratem jeszcze nie rozumieli, że ich Kosów właśnie przestał istnieć”.

„Słońce oślepia oczy, pieczę skórę. Na horyzoncie kłębi się już, formując grzyba, potężny cumulonimbus, z którego za kilka godzin spadnie ściana deszczu. Jednak na razie jest jeszcze gorąco i parno. Szczególnie tutaj nad wodę (…). W płynącym (…) Zbruczu odnaleziono kiedyś posąg rzekomo boga Światowida o czterech twarzach zwróconych w cztery różne strony świata. Tak jakby już w IX wieku jakiś słowiański rzeźbiarz wiedział, że tutaj nie da się patrzeć tylko w jedną stronę ”.

I właśnie tak zostajemy wciągnięci do czytelniczej podróży, a nie do sali z wykładem. Autor nie katuje nas również swoją erudycją, choć za parę fragmentów takich jak z powieści „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy” Sergiusza Piaseckiego o przemytnikach lat 20. XX wieku na granicy polsko-radzieckiej piszący te słowa, jest wdzięczny i – ech, trudno nie westchnąć – zawsze warto je przytoczyć:

„Żyliśmy jak królowie. Wódkę piliśmy szklankami. Kochały nas ładne dziewczyny. Chodziliśmy po złotym dnie”.

Po drugie, wypowiedziom ludzi grubo przekraczającym 80 lat trudnego życia towarzyszą głosy znacznie młodszych – współcześnie żyjących blisko byłej granicy, jak choćby ukraińskich ratowników górskich z bazą na Popie Iwanie, budowniczych elektrowni atomowej Ignalin czy też po prostu młodzieży rozpoczynającej swoje dorosłe życie. Bo Grzywaczewski nie udaje, że życie zastygło tam po 1945 roku wraz z pewnością, że II RP już się nie powtórzy. Jedno jest pewne – za każdym razem jest to podróż w mikroskalę i indywidualny los bohaterów tej książki.


Pogranicza. Zestawienie Zaolzia i Litwy


Tomasz Grzywaczewski był na takich pograniczach jak: Kaszuby, Górny Śląsk, Zaolzie, Bieszczady, Huculszczyzna, Wołyń, Polesie, Litwa, Mazury i Powiśle.

Zestawmy w tym wpisie dwa z nich: Zaolzie i Litwę.

Na Zaolziu, w zebranych relacjach mieszkających tam Polaków dominujące jest przekonanie, że polskość zaczyna tutaj po cichutku, bez żadnego walki i pamięci ze strony Polaków mieszkających w Polsce – znikać. I jak pisze autor:

„Koniec polskiego świata na Zaolziu jest po prawdzie strasznie nudny. Tak nudny, że prawie nikt go nie zauważa.”

W tym przypadku ta oryginalna kraina odchodzi w niebyt, ale tak jakby była z tym pogodzona, przygotowana i namaszczona wszelkimi sakramentami na śmierć.

Zupełnie inaczej jest na Wileńszczyźnie. O Polakach z tych stron pamięta się, mówi i pomaga. To tam odbywają się rozmodlone i rozśpiewane pielgrzymki, to gdzieś tam ma rzekomo być odczuwalna „polskość”. Przed takim spektakularnym mitem protestują sami mieszkający tam Polacy. Zacytujmy:

„W prywatnych rozmowach niektórzy mieszkańcy Ejszyszek i Butrymańców przyznają, że czują się, jakby mieszkali w żywym skansenie. – Na Wileńszczyznę docierają z Polski nie tylko pielgrzymi, ale również różne organizacje charytatywne i zajmujące się historią. Przywożą paczki z artykułami pierwszej potrzeby, książki, porządkują cmentarze. To piękne i oczywiście doceniamy, że o nas pamiętają, ale jednak świat idzie do przodu. A czasami mam wrażenie, jakbyśmy byli żywą skamieliną polskości wydobytą spod sowieckiego lodu. I teraz można nas oglądać w solecznickim rezerwacie jako okaz prawdziwego Polaka z dziada pradziada, który cudem oparł się walcowi XX wieku i dzisiaj nałoży tradycyjny strój, porozmawia z zaśpiewem i zanuci rzewną piosenkę. A wtedy koroniarz powie z satysfakcją, że takich Polaków jak na Litwie, to w Polsce już się nie znajdzie – mówi dwudziestokilkuletni chłopak (…)”.

To pogranicze z kolei odchodzi w otoczce nieco trywialnych choć spektakularnych fascynacji na poziomie chłopomanii z XIX wieku. Zestawienie Litwy i Zaolzia udowadnia, że nie ma jednego przepisu na – bo to akurat pewnik – ostateczne zupełne zatarcie tej wymazowanej przez lata granicy. Grzywaczewski oglądał i wsłuchiwał się w nią w ostatniej z możliwych chwil. Za 10 lat zostaną bowiem jedynie archiwa, ewentualnie świadkowie żyjący ponad 100 lat.

Podsumowanie

Dla mnie lektura tej książki była fascynującą wycieczką w takie rejony, w których pojęcie „naród” i przynależność do niego zabarwia się nie tylko różnymi lokalnymi kolorami i cieniami. Podróżą w takie okolice, które są wprost hamletowskie i same z siebie nigdy nie odpowiadają na najprostsze pytania: kim jesteście czy za kim jesteście. Tak jakby były te wspólnoty zorganizowane wokół innego porządku, tak bardzo innego, że pojęcie naród staje się momentami zbędne, wręcz – przeszkadza.

A w czasach, kiedy państwa zaczynają odmieniać „naród” przez wszystkie przypadki, te wspólnoty są zawsze najbardziej poszkodowane. I o tym doświadczeniu również jest ta książka.


Techniczna i estetyczna ocena wydania

Książka liczy 375 stron. Okładka jest sztywna, porządna. Skład wzorcowy: nie ma wiszących pojedynczych literek czy dzielenia wyrazów między stronami. Korekta bardzo dobra. Czcionka odpowiedniej wielkości, podobnie jak interlinia (nie ma tu zjawiska upychania tekstu). Wcięcia akapitowe wprowadzone, a akapit inicjalny wcięcia nie ma, co wcale dla wielu wydawnictw nie jest takie oczywiste. Książka posiada obszerną bibliografię. Trochę szkoda, że nie ma indeksu nazwisk i miejsc – łatwiej byłoby się poruszać po treści książki.  Marginesy boczne mogłyby być szersze, ale to mankament większości dzisiejszych książek.

Książka wydana na naprawdę cudownym papierze Ecco-Book o kremowym kolorze.

W sumie: książka prócz interesującej treści jest również ładnie wydana.

Gdzie kupić?

Książka jest dostępna w Księgarni Odkrywca

Powiązane wpisy

Redaktor Naczelny "Odkrywcy" | daczkowski@odkrywca.pl

Przekonany jest, że bryłą świata poruszają pasjonaci. Oburza się, że w XXI wieku wniosek o pozwolenie na poszukiwania należy wydrukować, umieścić w kopercie, zanieść na pocztę, a potem czekać na listonosza, który przyniesie odpowiedź na wydrukowanej kartce, umieszczonej w kopercie. „Austro-Węgry, no Austro-Węgry” - komentuje tę sytuację.

Udostępnij:

stronie.

Dodaj komentarz

css.php