Polemika z tekstem „Czy Polska jest gotowa na liberalizację poszukiwań z wykrywaczami metali?” dr Radosława Biela, red. nacz. „Archeologii Żywej”

Udostępnij:

Tekst dr. Radosława Biela, redaktora naczelnego „Archeologii Żywej”, zatytułowany „Czy Polska jest gotowa na liberalizację poszukiwań z wykrywaczami metali?”, uważam za bardzo ważny głos w dyskusji o nowelizacji prawa dotyczącego poszukiwań. Nie dlatego, że zgadzam się z każdym jego wnioskiem. Przeciwnie, w kilku miejscach będę z nim polemizował. Nie dlatego również, że jest to głos ze środowiska archeologicznego, który realnie próbuje wyjść poza własny krąg. To wciąż byłoby za mało, by pochylić się nad tekstem aż tak uważnie.

Jest on ważny przede wszystkim dlatego, że próbuje nazwać problem w całej jego złożoności. Dr Radosław Biel pyta, czy możliwy jest nowy system, który z jednej strony nie rozbroi ochrony dziedzictwa, uznawanej przez niego samego za bardzo niewydajną, a z drugiej pozwoli wykorzystać energię ruchu społecznego. Pyta także, jak wejść wreszcie w epokę cyfrowego obiegu informacji. I jak zrobić to wszystko tak, by maksymalizować ochronę dziedzictwa narodowego.

Tekst dr Radosława Biela można przeczytać tutaj:
Czy Polska jest gotowa na liberalizację poszukiwań z wykrywaczami metali?

Tekst redaktora naczelnego „Archeologii Żywej” nie tyle „godzi” dwa środowiska, bo nie godzi, ile przesuwa rozmowę na inny poziom. Zamiast wzajemnych oskarżeń, manifestów i listów, które są już zwyczajnie nudne, niezależnie od tego, kto je pisze i z której strony barykady, proponuje poważną rozmowę o projektowaniu systemu. Sensowne pytanie brzmi więc: jaki system pozwoli państwu wiedzieć więcej, reagować szybciej, chronić lepiej i jednocześnie zachęci dziesiątki tysięcy pasjonatów do wejścia do obiegu informacji o znaleziskach?

No to zaczynamy.

Jeśli mówimy o ruchu amatorskich poszukiwań, nie możemy go idealizować i udawać, że sama pasja wystarczy.

Jeśli mówimy o archeologii, nie możemy pomijać, jak pisze Radosław Biel, że z tego środowiska nie wyszła dotąd żadna nowoczesna propozycja zmian.

Jeśli zaś mówimy o cyfryzacji, nie możemy zadowolić się hasłem „aplikacja”, jakby samo narzędzie miało być jedynym elementem cyfrowej ochrony zabytków. Te przekonania są w tekście Biela celnie wyakcentowane.

Mamy bowiem spór o to, czy polska ochrona zabytków ma pozostać w logice papierowego pozwolenia i fundamentalnego oraz ostrego podziału na profesjonalistów oraz pasjonatów. Czy też potrafi zbudować model oparty na weryfikacji dużej ilości danych i współpracy, która niekoniecznie — a przynajmniej nie zawsze — musi być oparta na hierarchii: profesjonalista ważniejszy, pasjonat mniej ważny. Tekst Radosława Biela ma tę zasługę, że ten problem dostrzega.

Moja polemika zaczyna się tam, gdzie — moim zdaniem — autor zbyt ostrożnie ocenia potencjał zmiany, a zbyt łagodnie traktuje niewydolność systemu, który znamy od lat.

Gdzie ta kontrola?

Najbardziej zasadnicza różnica między nami dotyczy tezy, że przed nowelizacją państwo „mogło ocenić planowane poszukiwania przed wejściem w teren”, a po nowelizacji „osłabi kontrolę uprzednią i zastąpi ją kontrolą następczą”. Ta ostatnia wymaga zaś narzędzi, ludzi i finansowania.

Otóż nawet jeśli przyjąć tę diagnozę co do wymogów organizacyjnych, trzeba ją zastosować symetrycznie także do starego systemu. Kontrola uprzednia również zależy od narzędzi, ludzi i finansowania. Jeśli wojewódzkie urzędy konserwatorskie nie mają ludzi, czasu, systemów informatycznych, to sama decyzja administracyjna nie staje się kontrolą. Daje jedynie formalny ślad, że papier przeszedł przez urząd, który wykonał swoją „ciężką pracę”. Urzędniczego zakazu czy pozwolenia nie należy jednak mylić z rzeczywistą kontrolą.

Grafika poglądowa. Oba modele, jeśli rzeczywiście mają realnie służyć ochronie dziedzictwa kulturowego, wymagają realnego finansowania i nowoczesnych narzędzi.

Jeżeli więc słusznie mówimy, że kontrola następcza bez ludzi, pieniędzy i narzędzi będzie fikcją, powiedzmy równie jasno: kontrola uprzednia bez ludzi, pieniędzy i narzędzi też jest fikcją. Różnica polega na tym, że fikcja uprzednia dawała nam mniej danych o rzeczywistości. Fikcja następcza może dać ich więcej. Obecny model tworzy iluzję selekcji, ale nie buduje nawet minimalnej wiedzy o zjawisku amatorskich poszukiwań. Nowy model, choć niepełny, ma przynajmniej szansę wytworzyć rejestr zachowań. A w sprawach ochrony dziedzictwa wiedza o tym, kto, gdzie i kiedy działał oraz co znalazł jest wartością istotną, choć równocześnie przyznaję, że nie zawsze najistotniejszą.

Dlatego nie przekonuje mnie teza, że „w obecnym kształcie największe ryzyko polega na tym, że państwo może i otrzyma więcej zgłoszeń, ale niekoniecznie zyska większą kontrolę nad tym, co dzieje się z dziedzictwem archeologicznym”. Oczywiście, sama liczba zgłoszeń nie załatwia sprawy. Ale większa liczba zgłoszeń połączona z rejestrem poszukiwań daje państwu większą wiedzę. A większa wiedza jest już formą kontroli — nie absolutnej, lecz realnej. Nie twierdzę, że to wystarczy. Twierdzę, że to więcej niż mieliśmy dotąd. Twierdzę, że to początek zmian.

Jeżeli powstaje rejestr poszukiwań, rośnie szansa, że w razie zgłoszenia ważnego znaleziska — choćby bulli papieskiej — od razu będzie wiadomo, kto ją znalazł, gdzie, kiedy i na jakim obszarze działał. Będzie też można odtworzyć sekwencję zdarzeń. To właśnie różnica między stanem, w którym wiadomo, że „gdzieś jakaś bulla wypłynęło”, a stanem, w którym da się odtworzyć łańcuch informacji. Gdyby do rejestru poszukiwań dołożono jeszcze dobrze zaprojektowaną bazę znalezisk, efekt byłby jeszcze lepszy. Tu moja zgoda z Bielem jest częściowa: samego rejestru nie wolno przeceniać – to prawda. Ale nie wolno też ignorować tego, że jest on krokiem w stronę państwa widzącego, cyfrowego i skuteczniej dystrybuującego wiedzę o znaleziskach. A więc nie państwa ślepego, papierowego i pozbawionego łatwej możliwości dzielenia się wiedzą związaną z dokonaniami poszukiwaczy. I oczywiście, że takie same rozwiązania cyfrowe powinny być zapewnione dla środowiska naukowego. Co więcej – to w zasadzie powinno być to samo rozwiązanie, różniące się jedynie uprawnieniami.

Ważna uwaga, żeby nie było tak miło dla pasjonatów historii. Aplikacja jest zaledwie narzędziem wejścia do systemu danych. Jeśli ktoś będzie ją przedstawiał jako „całą reformę”, taka reforma oczywiście zasłuży na daleko idący dystans. Z drugiej strony równie błędne jest odrzucanie narzędzia tylko dlatego, że nie rozwiązuje wszystkich problemów. Formularz zgłoszeniowy w aplikacji nie jest ochroną zabytków. Tak samo jak papierowy wniosek o pozwolenie nigdy nie był ochroną zabytków.

Grafika poglądowa. Aplikacja dla poszukiwaczy, żeby sensownie służyła nauce, wymaga jeszcze wielu innych rozwiązań. Część określona na grafice jako „Rzeczywistość” oznacza, że tak powinien wyglądać rzeczywisty cel zmian.

W tym sensie stawiałbym sprawę odwrotnie niż część krytyków nowelizacji. Nie pytajmy, czy aplikacja jest pełną kontrolą. Pytajmy raczej, czy polskie państwo chce wreszcie przejść z porządku papierowego zezwolenia do porządku cyfrowych baz danych. Bo w gruncie rzeczy o to chodzi. Spór nie toczy się między chaosem a ideałem. Toczy się między anachroniczną biurokracją, która niewiele widzi, choć potrafi czasem zezwolić lub zakazać, a cyfrowym obiegiem informacji, który może zobaczyć więcej — jeśli państwo zechce go domknąć instytucjonalnie. Tylko czy domknie? Czy ktoś zna odpowiedź?

Od kiedy trwają rozmowy?

W tekście dr Biela bardzo mocno wybrzmiewa zarzut braku planu wdrożenia. Chodzi o brak oszacowania kosztów, liczby zgłoszeń, obciążenia urzędów, muzeów i konserwatorów oraz sposobu finansowania. Ten zarzut jest trafny. Ale właśnie dlatego prowadzi mnie do wniosku innego niż autora.

Jeżeli od co najmniej 2018 roku w polskiej debacie pojawiają się pomysły trybu zgłoszenia, cyfrowego obiegu informacji i odciążenia procedur, a w roku 2026 nadal rozmawiamy o tym, że państwo nie pokazało spójnego planu wdrożenia, trudno się dziwić narastającej niecierpliwości po stronie poszukiwaczy. Trudno się też dziwić utracie wiary w to, że kolejne wydłużenie vacatio legis cokolwiek poprawi.

Dziewięć lat to w świecie usług cyfrowych epoka. To wystarczająco dużo czasu, by przygotować prototyp, pilotaż, integrację z mapami i podstawowy schemat działań dla urzędów. Skoro tego nie zrobiono, problemem nie jest zbyt szybka nowelizacja jako taka. Problemem jest chroniczna — można odnieść wrażenie, że wręcz celowa — państwowa bezczynność wobec zapowiadanej reformy.

Grafika poglądowa. Dyskusje o trybie zgłoszenia i cyfryzacji trwają co najmniej od roku 2018.

Nie mamy więc do czynienia z sytuacją, w której „dobre państwo” prosi o jeszcze chwilę, by dopracować odpowiedzialny model. Mamy raczej sytuację, w której państwo bardzo długo niczego przekonująco – mówiąc kolokwialnie – nie dowiozło, a następnie apeluje się o dalszą cierpliwość. Rozumiem argument ostrożności. Nie lekceważę go. Ale nie mogę ignorować drugiej strony medalu: każde kolejne przedłużenie bez widocznego postępu podkopuje legitymację całego systemu — zarówno starego, jak i tej nowelizacji.

Grafika poglądowa. Odkładanie nowelizacji bez realnej alternatywy rodzi nie tylko frustrację wśród poszukiwaczy, ale i brak wiary dla państwa opartego na prawie. Brzmi egzaltowanie, ale to – jak się wydaje – słuszna diagnoza społecznych emocji środowisk związanych z poszukiwaniami.

Brytyjski PAS a polska aplikacja

W tym miejscu dochodzimy do brytyjskiego PAS, który w polskiej debacie bywa przywoływany albo jako wzór, albo jako straszak. Dla dr. Radosława Biela to zdecydowanie bardziej straszak.

Ten system pokazuje, że publiczna współpraca z poszukiwaczami może produkować ogromną ilość informacji, której bez tej współpracy państwo by nie miało. W 2022 roku PAS odnotował ponad 50 tys. znalezisk zgłoszonych przez poszukiwaczy, w 2023 roku — ponad 70 tys., a w 2024 roku — blisko 80 tys.

Z drugiej strony jasne jest, że nie wszystkie te dziesiątki tysięcy znalezisk da się przekuć w pełnowartościową i pełnozakresową wiedzę archeologiczną. To prawda. Nie wydaje się jednak, aby za każdym razem było to jednak potrzebne.

Wniosek z PAS nie powinien więc brzmieć: „skoro to drogie, nie idźmy tą ścieżką”. Powinien brzmieć inaczej: „jeżeli chcemy przejść na model zgłoszeniowy, musimy zaprojektować nie tylko wejście do systemu, ale także jego zaplecze”. Wielka Brytania pokazuje zarazem sukces i koszt sukcesu. Pokazuje, że państwo może dostać od obywateli ogromny strumień informacji. Ale tylko wtedy, gdy po drugiej stronie istnieje instytucjonalna zdolność do ich przyjęcia, weryfikacji i przechowywania w bazie wiedzy możliwej do przeszukiwania według różnych kryteriów.

I w tym punkcie dr Bielowi należy przyznać rację: aplikacja nie załatwia wszystkiego – podkreślam to stale w tym tekście. Jednak jeżeli państwo w modelu zgłoszeniowym dostaje dziesięć, sto albo tysiąc razy więcej informacji o aktywności terenowej niż w modelu skrajnie papierowo-anachronicznym, zyskuje coś, czego nie miało. Nie wszystko. Ale więcej niż wcześniej. Pod tym względem stary system broni się dużo słabiej, niż chcieliby jego obrońcy.

Nagrody

Istotny jest też wątek nagród i motywacji. Tu również bliżej mi do ostrożności niż do entuzjazmu. I tu akurat w pełni zgadzam się z Radosławem Bielem. Powtarzam więc jego argumenty, a częściowo je rozbudowuję.

W polskim modelu ochrony zabytków całkowicie zaniedbane pozostaje coś, co mogłoby stać się realnym narzędziem motywowania rzetelnych poszukiwaczy: system uznania i prestiżu. Mógłby on działać podobnie jak program lojalnościowy. Poszukiwacz zdobywałby punkty za wzorowe zgłoszenie odkrycia, pozostawienie zabytku w miejscu znalezienia, właściwą dokumentację lokalizacji i współpracę z odpowiednimi instytucjami.

Ogromne znaczenie miałyby też nagrody symboliczne, dziś w zasadzie niewykorzystywane. Dyplom, oficjalne podziękowanie, zaproszenie na otwarcie wystawy, nazwisko przy opisie zabytku, informacja w gablocie muzealnej, wpis w katalogu lub wirtualnej bazie znalezisk — to wszystko może być dla poszukiwacza bardzo ważne. Możliwość przyprowadzenia rodziny do muzeum i pokazania: „to odkrycie zostało zgłoszone dzięki mnie” buduje dumę, przynależność i pozytywną tożsamość.

A właśnie tego często brakuje: poczucia, że legalne i rzetelne działanie jest widoczne, docenione i społecznie ważne. Skala zaniedbań w tym zakresie jest wręcz katastrofalna. Co więcej, często nie wymaga to nawet „cyfrowego skoku”, ale po prostu empatii.

Ktoś może się uśmiechnąć, że taki system nagradzania jest infantylny i że pieniądz to pieniądz. Jednak z praktyki już wieloletniej dziennikarza „Odkrywcy” wiem, że to często brak zaspokojenia symbolicznego wywołuje efekt żądania pieniędzy. Zaspokójmy skutecznie tę potrzebę w przyszłym cyfrowym systemie – choćby na zasadzie grywalizacji. Możliwości są w tym zakresie bardzo duże.

Prywatne muzea

Ważny spór dotyczy również pytania, co dalej ze znaleziskami. Dr Biel rozważa model kontrolowanego depozytu u znalazcy jako rozwiązanie praktyczne w sytuacji, gdy muzea nie są i nie będą w stanie przyjąć wszystkiego. Pełna zgoda. Moim zdaniem nie doszacowuje on jednak jednego zjawiska: rozwoju muzeów prywatnych i społecznych.

W Polsce funkcjonują już nie tylko muzea państwowe i samorządowe. Istnieją także rozmaite instytucje prywatne, fundacyjne i społeczne. Bywają one lepiej zakorzenione lokalnie, bardziej elastyczne organizacyjnie i bardziej zainteresowane konkretnymi kategoriami dziedzictwa niż duże instytucje publiczne. To nie musi być gorszy wybór na zasadzie: skoro żadne muzeum państwowe nie chce przyjąć zabytku, dajmy go muzeum prywatnemu albo — co gorsza — znalazcy. W wielu wypadkach może być to wybór najlepszy.

Polska ochrona zabytków zbyt często myśli w sposób monopolistyczny: albo państwo, albo chaos. Podobnie jak: albo archeolodzy, albo klęska. Tymczasem nowoczesne państwo powinno raczej włączać w system różne typy instytucji, niż zakładać, że tylko jedna forma własności gwarantuje godne przechowanie.

Starcie dwóch plemion

W tekście dr. Radosława Biela pojawia się trafna intuicja, że współczesny spór nie powinien być redukowany do starcia dwóch plemion. Chciałbym rozwinąć ten wątek.

W świecie, w którym ludzie mają więcej czasu wolnego, łatwiejszy dostęp do źródeł wiedzy, literatury, map, danych satelitarnych, archiwów cyfrowych i narzędzi dokumentacji, granica między profesjonalistą i amatorem nie tyle zanika, ile przestaje być osią sensownego podziału pracy. Coraz częściej potrzebna jest współpraca między środowiskami, a nie symboliczna supremacja jednego nad drugim.

Profesjonalista wnosi warsztat metodologiczny, znajomość standardów i umiejętność interpretacji. Amator wnosi czas, lokalność, pasję, czujność terenową i często rozpoznanie mikrohistorii miejsca. Te zasoby nie są tożsame, ale mogą być komplementarne.

Jeśli tak, to spór o poszukiwania zabytków warto przestawić z tonu wyłącznie technicznego i praktycznego na ton wręcz ustrojowy. W tym kontekście nie warto już pytać, czy dopuścić amatora do poletka świata wiedzy. Trzeba pytać inaczej: jak urządzić system, by energia obywatelska była kierowana do wspólnej bazy wiedzy, a nie poza nią.

Mamy dwa wyjścia. Państwo, które zakłada, że obywatel jest co najwyżej potencjalnym szkodnikiem, samo produkuje szarą strefę. Państwo, które zakłada, że obywatel może być źródłem uporządkowanych danych — pod warunkiem jasnych reguł i realnych sankcji za nadużycia — ma większą szansę zobaczyć pełniejszy obraz zjawiska.

To dlatego uważam, że nowelizacji nie należy oceniać wyłącznie przez pytanie, czy jest już gotowa technologicznie w każdym szczególe. Trzeba ją oceniać również przez pytanie, w którą stronę zasadniczo przesuwa polski system. A przesuwa go, mimo wszystkich braków, z porządku pozwoleń pocztowych w stronę porządku zgłoszeń, rejestru i obiegu danych.

To kierunek nowoczesny. Niewystarczający? Tak. Ryzykowny bez wdrożenia? Oczywiście. Mocno niepełny? Tak. Ale bardziej obiecujący niż dalsze udawanie, że papierowa zgoda stanowi skuteczny model masowego zarządzania zjawiskiem, które i tak dawno przekroczyło skalę obsługiwaną przez dawną administrację. Dr. Bielowi natomiast rację należy przyznać, za pomysł pilotażowego testu nowych pomysłów.

Podsumowanie

Moim zdaniem największym błędem byłoby dalsze mylenie dawnej niewygody proceduralnej z realną kontrolą. Równie błędne byłoby dalsze odkładanie startu cyfrowego systemu danych w imię ostrożności, która od lat niczego nie organizuje.

Taki model powinien być projektowany nie przeciw jednej ze stron sporu, lecz dla wspólnego zasobu wiedzy. Wbrew pozorom celem nie jest samo „ułatwienie hobby”. Celem jest maksymalizacja informacji o dziedzictwie przy możliwie najmniejszej utracie kontekstu.

Zacznijmy w końcu realizować ten cel.

Poniższy tekst, którego autorem jest Andrzej Daczkowski, przedstawia osobiste poglądy redaktora naczelnego „Odkrywcy” i nie stanowi oficjalnego stanowiska całej redakcji ani wydawnictwa. Tekst dr Radosława Biela, do którego odnosi się ta polemika, również przedstawia osobiste poglądy redaktora naczelnego „Archeologii Żywej”.

Pozostałe teksty Andrzeja Daczkowskiego na temat prawa do poszukiwań:
Czy społeczni opiekunowie zabytków staną się „systemem wczesnego ostrzegania”? | Odkrywca

Czy można handlować pamiątkami z obozów koncentracyjnych i innych obozów? | Odkrywca

Prawdy, półprawdy i nieprawdy do projektu zmian ustawy o ochronie zabytków [część o braku konsultacji] | Odkrywca

Projekt ustawy: o zmianie ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami [CZERWIEC 2023] | Odkrywca

Konferencja Eksploratorów w Sejmie | Odkrywca

Są nowe wytyczne dla WKZ | Odkrywca

Czy detektorystom będzie łatwiej wyjść legalnie w teren?

Rewolucja w zmianach przepisów do poszukiwań zabytków? | Odkrywca

Redaktor naczelny czasopisma "Odkrywca"

Udostępnij:

Dodaj komentarz

css.php